Zgiełk czasu
Julian Barnes
Przeł. Dominika Lewandowska-Rodak
Świat Książki, Warszawa

Jedna z najekskluzywniejszych części północnego Londynu. Na zadrzewionych uliczkach, przy których stoją wiktoriańskie wille, panuje cisza. Dzwonię do drzwi, nic się nie dzieje. Jest punktualnie piąta. Dopiero po dłuższej chwili drzwi się otwierają, a ja muszę unieść głowę, by spojrzeć w twarz Juliana Barnesa. Jest wyższy ode mnie co najmniej o głowę, niesamowicie szczupły. Gdy prowadzi mnie po schodach na górę, echa naszych kroków odbijają się od ścian rozległego domu. Jesteśmy sami.

Centralne miejsce w bibliotece o wielkości kortu tenisowego zajmuje stół do snookera, w całości zasłany książkami i papierami. Na wysokim suficie namalowane chmury.

Barnes prowadzi mnie do wykusza, w którym na stoliku czeka już solidny imbryk z herbatą. Siadam w fotelu, a on naprzeciwko mnie na kanapie. Podwija nogi pod siebie i uśmiecha się łobuzersko.

Pozostało 97% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej