Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka
Cezary Łazarewicz
Czarne, Wołowiec

12 maja 1983 roku 19-letni Grzegorz Przemyk w przerwie między egzaminami maturalnymi poszedł z kolegami na Stare Miasto. Na placu Zamkowym zatrzymał ich milicyjny patrol. Przemyk nie chciał pokazać dowodu, więc został spałowany i wepchnięty do nyski. W komisariacie przy ulicy Jezuickiej bili dalej, a po wszystkim wezwali pogotowie ratunkowe. Chłopiec, który do komisariatu wszedł o własnych siłach, wychodził z niego, słaniając się na nogach, podtrzymywany przez sanitariuszy. Dwa dni później zmarł.

Był synem związanej z opozycją poetki, dlatego o jego śmiertelnym pobiciu szybko dowiedziała się cała Polska, zachodni korespondenci, cały świat.

Jego pobicie widział Cezary F., który od tej pory był najważniejszym świadkiem w sprawie.

Bibuła

W czerwcu 1983 roku, miesiąc po pogrzebie Przemyka, odwiedziłem na krótko Warszawę, która wciąż przeżywała śmierć maturzysty. Ja i moi koledzy z małego nadmorskiego miasteczka także ciągle rozmawialiśmy o tym na przerwach, słuchając wcześniej Wolnej Europy. Na własnej skórze doświadczaliśmy brutalności milicji na koncertach rockowych i meczach, wiedzieliśmy też o ścieżkach zdrowia i pobiciach. Dla mnie i moich kolegów śmierć Przemyka była przeżyciem pokoleniowym. Nie rozumieliśmy jej, był w nas gniew i pytaliśmy, jak to możliwe, że zomowcy, którzy go pobili, wciąż są bezkarni.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej