Koniec warty
Stephen King
Przełożył Rafał Lisowski
Wyd. Albatros

Siedemdziesięcioletni King nie traci formy. Jego ostatnie dzieło, trylogia o Billu Hodgesie, będzie w podręcznikach wspominane jako jedno z najlepszych w  dorobku. Gdy w 2014 r. ukazał się pierwszy tom („Pan Mercedes”), odbierano go jako odejście od jego ulubionej formuły nadprzyrodzonego horroru do bardziej konwencjonalnego thrillera. Już w drugim tomie („Znalezione nie kradzione”) pojawiły się aluzje, że jednak inni szatani byli czynni w tej opowieści. W trzecim („Koniec warty”) King otwarcie wraca do zjawisk paranormalnych: telekinezy i telepatii.

Zmienił za to co innego

Jego najsłynniejsze książki zwykle potępiały jakieś amerykańskie przywary. Gdyby był Polakiem, PiS oskarżyłby go o uprawianie „pedagogiki wstydu”. W swoich powieściach przede wszystkim oczywiście straszy albo wzrusza, ale przy tym oskarża o coś Amerykę. Można się przerzucać tytułami: „Carrie” pokazuje ją jako kraj religijnych fanatyków i przemocy rówieśniczej, „Misery” jako kraj ogłupiającej popkultury, „Christine” – kraj owładnięty samobójczą obsesją motoryzacji. „Miasteczko Salem” jest o tym, że w USA wszystko jest na sprzedaż, więc bogaty zamorski wampir może sobie kupić całe miasto wraz z mieszkańcami. „Mgła” o tym, że Ameryce najbardziej zagraża jej własna armia.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej