Z nieba leje się żar. Od półtorej godziny stoję w kolejce do jedynego urzędu pocztowego w Kourou, drugim co do wielkości mieście Gujany Francuskiej. Wreszcie wręczam urzędniczce paszport. Jest wilgotny, bo stężenie pary wodnej w powietrzu sięga 95 proc. Kobieta kartkuje go i zauważa: „O, miała pani kartę stałego pobytu!”. „Hm, tak – mówię – ale to była karta pobytu we Francji”, na co ta, oburzona, odpowiada: „Ależ pani jest we Francji!”.

Znana jako baza europejskiej stacji kosmicznej, a wcześniej, w XIX w. i do połowy XX w., legendarna kolonia karna (to tu osadzono słynnego Papillona) Gujana – sąsiadujące z Brazylią i Surinamem zamorskie terytorium Francji – od kilku tygodni nie schodzi z pierwszych stron paryskich gazet. W przededniu wyborów prezydenckich miejscowa ludność organizuje strajki, domagając się większego zainteresowania ze strony władz centralnych. Nic dziwnego, skoro bezrobocie wśród młodych wynosi 60 proc., a gospodarka jest nastawiona głównie na obsługę kosmodromu. Banany, które rosną tu wszędzie, na targu w Kourou kosztują znacznie więcej niż w Krakowie. Niedrogo można za to kupić pamiątkę w postaci oprawnej w ramkę i zabezpieczonej szklaną szybką najprawdziwszej w świecie tarantuli. Kupujący ufa, że jest zasuszona.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej