Podobno w powszednie dni bywa mniej ludzi, zwłaszcza przed lunchem. Teraz kolejka zaczynała się już na ulicy. Po wejściu do środka mijała kasę, pokonywała kontrolę biletów i ciągnęła się dalej od obrazu do obrazu. Wewnątrz poruszała się wolniej i trochę lunatycznie z powodu słuchawek (audioprzewodnik ustalał choreografię).

Wystawa nosiła tytuł „David Hockney. Sześćdziesiąt lat pracy”. Plakaty obiecywały żółto-czerwoną ziemię i niebo o barwie żelu do kąpieli. Obrazy przyjemne i atrakcyjne, jak wspomnienia z lat 60.

I chyba nikt nie był zawiedziony. Jednak ekspozycja opowiadała o czymś więcej. Kluczowym słowem okazała się „praca”, wysiłek szukania narzędzi i środków wyrazu. Zupełnie się tego nie spodziewałem zwiedziony przystępnością malarstwa Hockneya. Zresztą i tak przede wszystkim chciałem znaleźć dwa jamniki.

Nazywały się Stanley i Boodgie.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej