Montaigne. Une biographie politique
Philippe Desan
Odile Jacob, Paryż

Białe rękawiczki, dziś pierwsze moje skojarzenie z Montaigne’em. Siedziałem w archiwach miejskiej biblioteki w Bordeaux, jego mieście, i cienkie, leciutko zabrudzone rękawiczki pracownika archiwum przesuwały przede mną kartki; swoimi dłońmi nie miałem prawa ich dotknąć. Kiwałem głową, że już, i pokazywała się kolejna stronica i mogłem się wpatrywać w kolejne literki pisane maczkiem.

To było pierwsze drukowane wydanie „Prób”, na które autor na marginesie nanosił drobnym pismem poprawki. W nie właśnie próbowałem się wczytać, gdyż korygowanie do ostatniej chwili, a właściwie bez końca, własnego tekstu bardziej niż cokolwiek innego wzbudza poczucie pisarskiej solidarności. Ale trudno było cokolwiek odczytać.

Jean Starobinski w mojej ulubionej i pięknej – bo Starobinski innych nie pisze – książce „Montaigne en mouvement” (Montaigne w ruchu) z roku 1982 stawia fundamentalne pytanie, czy raczej wsłuchuje się w pytanie, które Montaigne postawił sobie: co może odkryć ten, kto odrzucił fałszywą przebierankę w życiu społecznym i pojął, że słowa stały się tylko brudnym, wulgarnym towarem? Jak może mu się udać pisanie własnej książki złożonej z oskarżanych słów, skoro wie aż nadto dobrze, czym jest język i do czego służy? Czy po odrzuceniu pozoru nie stworzy się w swym dziele nowego pozoru?

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej