Kryminał święci w Polsce triumfy, to rzecz jasna. Co roku ukazuje się, lekko licząc, setka książek, które dają się w ten sposób gatunkowo sklasyfikować. Część z nich zdobywa listy bestellerów, a nawet przebija się na rynki obcojęzyczne.

Czy w związku z tym polski kryminał jest coraz lepszy? Postawmy sprawę wprost: czy jest wart promowania? Inaczej mówiąc, czy lepiej nie czytać niczego, jeśli ma się czytać tylko – na przykład – Mroza i Bondę?

Krótka historia emancypacji gatunku, czyli Faulkner też pisał kryminały

„Wiele się nasłuchałem w ciągu długich lat – pisał dawno, dawno temu, czyli w połowie ubiegłego wieku, wybitny amerykański krytyk Edmund Wilson – o powieściach detektywistycznych. Wydaje mi się, że niemal wszyscy moi znajomi czytują je i wdają się na ich temat w rozległe rozmowy (...). Przy każdej okazji dowiaduję się na nowo, że najwybitniejsze osobistości życia publicznego naszych czasów, od Woodrowa Wilsona po W.B. Yeatsa, rozczytywały się namiętnie w beletrystyce tego rodzaju”.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej