W skorupce orzecha
Ian McEwan
Przeł. Andrzej Szulc
Albatros, Warszawa

Można by pomyśleć, że to kolejna część tego głośnego projektu, którym fetujemy Szekspira – popularni pisarze przepisują wielkie sztuki Barda, a McEwanowi przypadł „Hamlet”.

Ale to jego niezależna inicjatywa, nie dostał – jak mówi – propozycji, choć pewnie i tak by ją odrzucił, zważywszy na niezależność, jaką sobie wypracował – 15 powieściami i całym workiem nagród za nie otrzymanym. Autor „Pokuty” i „Amsterdamu” należy do elitarnego grona pisarzy, którzy mogą sobie pozwolić na każdą ekstrawagancję. I potrafią ją zrealizować.

Kiedy mowa o literaturze środka – takiej, która nie rezygnując z ambicji, korzysta z gatunkowych formuł – często przywołuje się jego nazwisko. Mimo że zaczynał od gotyckich w klimacie opowiadań, które w latach 70. bulwersowały angielską publiczność.

„Wtedy mówili o mnie dzikie zwierzę ” – przypomina, choć dziś, gdy ma prawie 70 lat, wygląda raczej jak lutnik, który ze spokojną znajomością rzeczy wykańcza w swojej pracowni kolejne altówki. A według Zadie Smith otwarcie którejkolwiek z jego książek jest równoznaczne z oddaniem się w dobre ręce, które ochronią przed złym gustem, przegadaniem, chaosem, nudą i utratą wiary w powieść.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej