Tekst z "Książek. Magazynu do czytania" nr 9. Sprawdź najnowszy numer

 Apartament na ostatnim piętrze dawnego hotelu, kilkanaście metrów od kamienistej plaży. - Najlepsze jest obserwowanie łodzi rybackich wypływających przed świtem. Cały kanał La Manche migocze od ich światełek jak ognie św. Elma - mówi Mantel, wskazując na widok za panoramicznym oknem.

Na razie marcowe, bure i wzburzone morze wygląda posępnie. Mocny kontrast z delikatnymi filiżankami z herbatą, którą pijemy - bo już wybiła piąta po południu.

Najbardziej utytułowana dziś pisarka Anglii uciekła z Londynu do Devonu. Po latach tułania się w lokalnej drugiej lidze i tuzinie powieści przyjętych przychylnie przez krytykę, ale bez wielkiego entuzjazmu przez czytelników pobiła swoisty rekord świata - dwie Nagrody Bookera z rzędu, i to za dwie części tej samej opowieści. Rzecz bez precedensu w historii najbardziej prestiżowej nagrody w anglosaskiej literaturze. "The Mirror and the Light", ostatnią część trylogii o Tomaszu Cromwellu - wszechwładnym ministrze Henryka VIII - pisze już w nadmorskim domu, na który mogła sobie pozwolić dzięki gaży za podwójny bestseller po obu stronach Atlantyku. Uznała, że trzy godziny jazdy pociągiem z londyńskiej stacji Paddington to dystans potrzebny, by obowiązki najpopularniejszej w Europie autorki powieści historycznych nie przeszkadzały jej zanadto w pisaniu kolejnego arcydzieła gatunku.

Ci paparazzi na dole to z powodu Cromwella?

- Chciałabym... Bywa, że jakiś polityk budzi ich emocje, ale nie polityk z XVI w. Oni chcą sfotografować, jak wychodzę po bułki. Starą, grubą zołzę, która szkaluje ich ulubienicę, przyszłą królową Anglii.

Wczorajsza okładka "Daily Mail" krzyczała z każdego kąta na lotnisku: "Plastikowa księżniczka zaprojektowana do rodzenia - jadowity atak laureatki Bookera na Kate Middleton". W telewizji to samo. Przestraszyłem się, że odwoła pani wszystkie spotkania z prasą.

- Naprawdę stoją tam jeszcze, w taką pogodę? Została garstka, do jutra znajdą inne sensacje... Zwłaszcza że ten wykład zorganizowany przez redakcję "London Review of Books", z którego wzięli moje słowa, odbył się dwa tygodnie temu.

Nie mają wybitnego refleksu.

- Gorzej, że nie umieją czytać ze zrozumieniem. A raczej wyczytują to, co im pasuje. Oburzyli się za kilka gorzkich słów o księżnej Cambridge, chociaż ja mówiłam o jej wypreparowanym wizerunku, którego trywialną płytkość kreują i którym pożywiają się właśnie masowe media. Zrozumieli, zabolało, oddają po swojemu.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej