W 2008 r. w Pałacu Staszica w Warszawie ogłosiła pani, że zamyka swoje seminarium. Po wykładzie i dyskusji, czyli tym co zawsze, sala wstała i klaskała. I tyle. Ale latały dreszcze po krzyżu, przynajmniej niektórym. Przez te kilkanaście lat, kiedy byłam na seminarium, panowała ta sama procedura. Studenci zgłaszali swoje tematy, potrzeby i zainteresowania, a pani szykowała dla nich wykłady. Pani zawsze udawało się odnawiać, iść w awangardzie.

- Miło mi to słyszeć, ale kiedy przejrzałam teraz na przykład mój "Romantyzm, rewolucję, marksizm", wzbudziło to we mnie pewną zgrozę. Poważną nawet. To przytłacza erudycją, jakimś nadmiarem, chęcią powiedzenia wszystkiego. Po co ja to wszystko czytałam i pisałam? To jednak miało charakter jakiejś manii.

Jak to po co? Aby młodzież kształcić.

- Ale żeby aż tyle tego, można powiedzieć, żreć? Wiadomo, że wszystkiego przeżreć nie można. Owszem, "nada starat'sa", jak mówią Rosjanie. Więc się starałam.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej