W 2008 r. w Pałacu Staszica w Warszawie ogłosiła pani, że zamyka swoje seminarium. Po wykładzie i dyskusji, czyli tym co zawsze, sala wstała i klaskała. I tyle. Ale latały dreszcze po krzyżu, przynajmniej niektórym. Przez te kilkanaście lat, kiedy byłam na seminarium, panowała ta sama procedura. Studenci zgłaszali swoje tematy, potrzeby i zainteresowania, a pani szykowała dla nich wykłady. Pani zawsze udawało się odnawiać, iść w awangardzie.

- Miło mi to słyszeć, ale kiedy przejrzałam teraz na przykład mój "Romantyzm, rewolucję, marksizm", wzbudziło to we mnie pewną zgrozę.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej