Tekstu z 21. numeru "Książek. Magazynu do Czytania"

Lispenard Street. To tutaj "Małe życie" Hanyi Yanagihary zaczyna się i kończy, mijając lata i ulice. Dziwaczna to ulica, jako jedna z nielicznych wyłamuje się z charakterystycznej dla Nowego Jorku siatki linii prostych, odchylona o jakieś dwa stopnie, jak kość, która nierówno się zrosła. Kojarzy się z Jude’em, bohaterem powieści. Ta ulica utyka, podobnie jak utykał Jude. Nadal wyróżnia się na tle sąsiednich - obecnie częściowym tylko - zaniedbaniem i gorszością, podbitymi przez luksusowe sąsiedztwo. Jest jak parias na dobrej drodze do arywizmu, mimo to nigdy nie stanie się Fifth Avenue.

Stoimy przed niskim budynkiem w kolorze palonej cegły, oszpeconym blizną nieczynnych schodów przeciwpożarowych. "Mieszkanie nie było olśniewające. Przedpokój o powierzchni niewiele większej od wycieraczki, z którego na prawo wchodziło się do kuchni (gorącej, pochlapanej tłuszczem klitki), a na lewo do części jadalnej, zdolnej pomieścić może stolik karciany" - tak rozpoczyna się opis pierwszego wspólnie wynajmowanego przez Willema i Jude’a miejsca. Dalej jest gorzej. Chyba wygodniej byłoby mieszkać na ulicy.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej