Wacław Radziwinowicz: Czym jest dziś "białoruska lista katyńska"?
Prof. Natalia Lebiediewa: Tylko liczbą. Wiemy, że Stalin i jego kompani z Biura Politycznego partii komunistycznej 5 marca 1940 r. rozkazali wymordować nie tylko Polaków z obozów dla jeńców wojennych w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Rozkazali rozstrzelać także tych, którzy w tym czasie czy to już siedzieli, czy też mieli trafić do więzień radzieckich na dawnych wschodnich kresach Rzeczypospolitej włączonych wtedy do radzieckich Białorusi i Ukrainy.
Wiemy też z dokumentów KGB, że w obu tych republikach ludzie z NKWD [poprzedniczki KGB] rozstrzelali wiosną 1940 r. 7305 Polaków. Wiemy, że z tego na Ukrainie zginęło 3435 więźniów, bo Ukraińska Służba Bezpieczeństwa w 1994 r. znalazła w dawnych archiwach radzieckich służb specjalnych imienną listę ofiar. Z tego wynika, że na Białorusi NKWD musiało rozstrzelać 3870 ludzi. To wszystko. Nazwisk, okoliczności śmierci nie znamy.
Nikt, choćby krewni tych, których w latach 1939-40 NKWD aresztowało w Grodnie, Brześciu czy Białymstoku i którzy potem przepadli bez śladu, nie próbowali sporządzić jakiejś społecznej "białoruskiej listy katyńskiej"?
- Trudno to sobie wyobrazić. Rodziny zabitych też były represjonowane, wywiezione na Syberię, do Azji Centralnej. A kiedy wreszcie wolno było wyjść z taką inicjatywą, wielu bliskich ofiar już nie żyło.
Ukraińcy u siebie znaleźli listę nazwisk Polaków rozstrzelanych wiosną 1940 r., jak możemy się domyślać, w Kijowie, Charkowie i Chersoniu. Co to za dokument?
- Po tym, jak NKWD zamordowało wtedy 21 857 osób, teczki osobowe wszystkich ofiar - i jeńców wojennych, i więźniów - na rozkaz z Łubianki zostały wysłane do Moskwy. Jednak pracownicy archiwów NKWD zgodnie z procedurą sporządzili dokładne spisy tych akt, umieszczając w nich nazwiska, imiona, imiona ojców i rok urodzenia tego, kogo dotyczyła teczka osobowa. Same teczki zmagazynowane w Moskwie zostały w 1959 r. zniszczone na rozkaz ówczesnego przywódcy ZSRR Nikity Chruszczowa. Ale ich spis zachował się w Kijowie, i to jest właśnie "ukraińska lista katyńska".
Taki sam spis dokumentów musieli też sporządzić archiwiści NKWD w Mińsku. Czy on mógł się zachować?
- Mógł też przepaść. Stolica Białorusi została zajęta zaledwie tydzień po wybuchu wojny radziecko-niemieckiej. NKWD-ziści przed opuszczeniem miasta pewnie palili te papiery, których nie zdążyli wywieźć. Ale kopia spisu teczek osobowych Polaków jeszcze przed wojną musiała być z Mińska przesłana do Moskwy. Taka była procedura.
Jeśli się zachowała, to gdzie ona jest?
- W archiwum pierwszego wydziału NKWD, który zajmował się rejestracją dokumentów, ruchu więźniów, egzekucji. Wiem, że archiwiści Federalnej Służby Bezpieczeństwa [następczyni KGB] bardzo aktywnie szukają tego dokumentu. Byłoby bowiem świetnie, gdyby premier Władimir Putin teraz, kiedy obchodzimy 70. rocznicę zbrodni katyńskiej, przekazał ją Polakom. Przecież bardzo wiele waszych rodzin do dziś czeka na wyjaśnienie losów bliskich, którzy bez śladu przepadli na włączonych do Białorusi kresach Rzeczypospolitej.
A jeśli ten dokument przepadł, choćby razem z teczkami osobowymi Polaków, które rozkazał zniszczyć Chruszczow? Czy jest jakiś inny trop?
- Tak, i to wyraźny. 22 marca Ławrentij Beria, ludowy komisarz spraw wewnętrznych, rozkazał w ciągu 14 dni przewieźć do więzienia NKWD w Mińsku z więzień w Brześciu, Wilejce, Pińsku i Baranowiczach w sumie 3 tys. Polaków. To z pewnością ci, których dwa tygodnie wcześniej skazało na śmierć stalinowskie biuro polityczne. Tych ludzi z regionalnych więzień do stolicy przewoziła jedna, 15. brygada wojsk konwojowych. Przed wysyłką każdej partii więźniów w ZSRR sporządzano dokładną listę wszystkich przewożonych.
Jak się zachowały dokumenty wojsk konwojowych?
- Doświadczenie uczy, że bardzo dobrze. Uważam, że trzeba w archiwum 15. brygady znaleźć listy tych, których pod koniec marca i w kwietniu 1940 r. przewożono z więzień regionalnych do NKWD w Mińsku - i to będzie właśnie "białoruska lista katyńska". Zadanie ułatwia jeszcze to, że Beria dokładnie napisał, ilu ludzi z każdego miasta trzeba przerzucić do stolicy - 1500 z Brześcia, 550 z Wilejki, 500 z Pińska i 450 z Baranowicz.
To w sumie tylko 3 tys. Nie uda się w ten sposób wyjaśnić losu jeszcze ponad 800 osób.
- To prawda, ale przynajmniej będziemy wiedzieć, co się stało z większością tych ofiar zbrodni katyńskiej, o których dziś jeszcze nic nie wiemy.
Źródło: Gazeta Wyborcza