Wacław Radziwinowicz: Jak to się stało, że pan, dobrze zapowiadający się chemik, zaczął tropić zbrodniarzy stalinowskich, zajął się Katyniem?
Nikita Pietrow: Zaczęło się w latach 70., kiedy byłem jeszcze chłopakiem. Ojciec, zawodowy wojskowy, inżynier lotniczy, namawiał mnie do czytania starych gazet. Nie mogłem zrozumieć dlaczego. Wtedy świeżych radzieckich gazet czytać się nie dało. Drętwa nuda. A już stare radzieckie papierzyska to, jak myślałem, bezużyteczna makulatura. Ale zabrałem się do starych "Ogońków". I zrozumiałem, że oficjalna wersja historii ZSRR, którą karmili nas w szkole, jest stekiem kłamstw. W starych "Ogońkach" była inna historia! Ale "Ogońki" szybko przestały mi wystarczać. I wtedy zapisałem się do najważniejszej biblioteki w kraju, do Biblioteki im. Lenina, czyli "leninki".
Była pod szczególnym nadzorem. Wpuścili tam nastolatka?
- Służby specjalne miały na oku główne zbiory "leninki", w centrum Moskwy. Do nich dostęp mieli ludzie po studiach, zaopatrzeni w specjalne przepustki. Ale ludziom służb nie chciało się już tak skrupulatnie przyglądać się filii "leninki" gromadzącej stare gazety, która mieściła się w Chimkach pod Moskwą. Jeździłem tam kilka razy w tygodniu i za każdym razem siedziałem po kilka godzin.
Chciało się panu?
- To było olśnienie. W gazetach z lat 20., 30., 40. znajdowałem nazwiska czekistów, które potem już nigdzie się nie pojawiały. W żadnych encyklopediach, wspomnieniach. W swoim czasie ci ludzie byli ważni. W gazetach można było zobaczyć ich zdjęcia, informacje o nagrodach. Byli wybierani do Rady Najwyższej, różnych komitetów. A potem przepadli bez śladu. Szybko zrozumiałem, że ci ludzie organizowali kolejne czystki stalinowskie. A potem sami szli pod ścianę, kiedy władza rozprawiała się z kolejnymi szefami służb: Jagodą, Jeżowem, Berią. Zdałem sobie sprawę, że nawet na podstawie tego, co znajdowałem w gazetach, będę mógł zebrać poczet nieznanych czekistów, i tak wypełnić luki w historii. Zebrałem 500 biografii i informacje o jeszcze 3 tys. pracowników służb specjalnych ZSRR.
Po co? Przecież w ZSRR nigdy by tego nie wydali?
- Zamierzałem przekazać ten materiał na Zachód i tam go opublikować.
W radzieckiej ojczyźnie za samo zbieranie takiego materiału mógł pan zarobić solidny wyrok. Jak to się stało, że nie zwrócili na pana uwagi?
- W końcu się zorientowali. Pracowałem wtedy w Moskiewskim Instytucie Inżynieryjno-Fizycznym (MIFI). Nas, doktorantów, wysyłali na wykopki kartofli. Tam opowiadałem kolegom co ciekawsze historie czekistów. Ktoś pewnie doniósł. Kagiebiści zrobili u mnie rewizję. Bardzo ich zaciekawiły materiały o ich nieznanych poprzednikach. Skonfiskowali je. Z instytutu wyleciałem. Szefowie orzekli, że powinienem "się pogotować w kotle proletariackim", czyli zostać robotnikiem. Ale i tak miałem dużo szczęścia. To było w 1986, już w czasie pierestrojki. Wcześniej na pewno trafiłbym do łagru.
Niedługo potem historia organów stała się pańskim głównym zajęciem.
- Zacząłem pracować dla organizującego się pod koniec lat 80. stowarzyszenia Memoriał, które zajęło się upamiętnianiem ofiar zbrodni stalinowskich.
Jak ważna była wtedy dla was sprawa Katynia?
- Niezwykle. O represjach wobec obywateli radzieckich wiedzieliśmy dużo. A Katyń to była potworna zagadka. Propaganda wmawiała uparcie, że to robota Niemców. My byliśmy przekonani, że NKWD. Ale dowodów nie było. Dopiero kiedy zawodowi historycy, tacy jak Inessa Jażborowska, Natalia Lebiediewa, Walentyna Parsadanowa, otrzymali dostęp do archiwów, pojawiła się pierwsza nić. Badając dokumenty Zarządu do spraw Jeńców Wojennych i Internowanych oraz Wojsk Konwojowych, historycy ci zrozumieli, że wzięci do niewoli przez Armię Czerwoną Polacy siedzieli w trzech obozach w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku, a potem wiosną 1940 r. zostali przekazani "do dyspozycji" NKWD, wywiezieni z obozów i ślad po nich zaginął. To był pierwszy dowód, że sprawcami zbrodni nie byli Niemcy. I właśnie dokumenty dotyczące "rozładowania" obozów przekazał Polakom 13 kwietnia 1990 r. Michaił Gorbaczow, i wtedy Moskwa po raz pierwszy przyznała, że jeńców rozstrzelało NKWD.
Ale to, kto i kiedy wydał rozkaz zlikwidowania Polaków, wciąż pozostawało tajemnicą?
- Tak. Przełomem okazał się sierpień 1991 r., krach puczu Giennadija Janajewa, objęcie władzy przez Borysa Jelcyna. On rozwiązał KPZR, oskarżał partię komunistyczną o działalność sprzeczną z prawem. Powołano specjalną komisję do spraw archiwów, w której znalazł się Arsenij Rogiński, dziś szef Memoriału, Nikita Ochotin, Walerij Sidielnikow i ja. Dostaliśmy stałe przepustki do gmachu KGB, gabinet na Łubiance. Szukaliśmy dokumentów dowodzących, że partia komunistyczna i kierowane przez nią organy dopuszczały się zbrodni. Jedną z najważniejszych spraw był oczywiście Katyń - kto, kiedy, dlaczego kazał wymordować Polaków.
Co znaleźliście?
- Ślad, ale bardzo ważny. W raportach pisanych przez Berię dla Stalina natrafiłem na notatkę, w której szef służb specjalnych 26 grudnia 1941 r. informował, że przejrzał listę zaginionych w ZSRR 3800 Polaków, których gen. Władysław Sikorski chciał widzieć w szeregach tworzonej wtedy w Związku Radzieckim armii polskiej. Beria zameldował, że 3 tys. osób z tej listy "zgodnie z decyzją z 5 marca 1940 r.". Tam nie było słowa "zabiliśmy" czy "rozstrzelaliśmy". Ale od razu zrozumiałem, że decyzja o rozprawie z Polakami zapadła właśnie 5 marca. I ta data wprawiła mnie w osłupienie...
Bo to dzień śmierci Stalina?
- Tak, on zmarł w 13. rocznicę wydania rozkazu wymordowania jeńców! Pomyślałem, że co roku tego dnia Stalin musiał sobie przypominać o zbrodni. Musiał wtedy myśleć, że straszna dla ZSRR prawda o niej może wyjść na jaw. To brzmi jak mistyka jakaś, ale może te wspomnienia przyczyniły się do tego, że Stalin umarł właśnie 5 marca.
Wiedział pan już, gdzie szukać samego rozkazu likwidacji Polaków?
- Taki rozkaz mogła w 1940 r. wydać tylko władza najwyższa, czyli Biuro Polityczne partii komunistycznej. Z Rogińskim poszliśmy do archiwum prezydenckiego, gdzie przechowywano dokumenty partii. Zażądaliśmy protokołu posiedzenia Biura z 5 marca 1940 r., bo tam powinna się znajdować prawda o Katyniu. Ale okazało się, że w protokole był tylko zapis o tym, że na posiedzeniu rozważano "sprawę dotyczącą NKWD", oczywiście, jak się domyślaliśmy, ściśle tajną. Pracownicy archiwum ukryli przed nami to, że dokumenty dotyczące największych tajemnic ZSRR są przechowywane w zamkniętych kopertach, które można otworzyć tylko za zgodą głowy państwa. Domyśliliśmy się jednak, że taki specjalny zbiór dokumentów musi istnieć, domagaliśmy się dostępu do niego. Rudolf Pichoja, którego Jelcyn uczynił szefem swoich archiwów, uzyskał w 1992 r. jego zgodę i zaczął rozrywać koperty.
Dużo ich było?
- Około 500. Niektóre z bardzo interesującymi materiałami. O współpracy ZSRR z IRA, o tajnych dostawach broni dla irlandzkich terrorystów. Był tam pakt Ribbentrop-Mołotow o rozbiorze Polski i tajne protokoły do paktu oraz podpisana przez Stalina mapa waszego kraju podzielonego między Niemcy i ZSRR. I oczywiście dokumenty dotyczące wymordowania Polaków - przede wszystkim podpisana przez członków Biura Politycznego decyzja z 5 marca 1940 r.
Jakie wrażenie na obrońcach partii komunistycznej zrobiły dokumenty z tajnych kopert?
- Byłem w Sądzie Konstytucyjnym, kiedy archiwiści tam je dostarczyli. I mam wrażenie, że komuniści wiedzieli o rozstrzelaniu Polaków przez NKWD. Krzyczeli wtedy histerycznie: "To niemożliwe!". Widocznie wierzyli, że władza radziecka dokładnie zatarła wszystkie ślady.
Rozmawiał Wacław Radziwinowicz
*Nikita Pietrow, rosyjski historyk, wiceszef stowarzyszenia Memoriał
Źródło: Gazeta Wyborcza