Odebrali ją w piątek wieczorem w Teatrze Polskim. Laureatka otrzymała 50 tys. zł, nagrodę - 15 tys. zł - odebrał też autor przekładu Jerzy Czech.
Kim jest laureatka? Urodziła się w 1948 r. w Iwano-Frankiwsku (przedwojenny Stanisławów), później z rodziną przeniosła się na Białoruś. W 1972 r. ukończyła dziennikarstwo w Mińsku, pracowała jako wychowawczyni w internacie, nauczycielka, dziennikarka. Dostała wiele międzynarodowych nagród, w tym National Book Critics Circle Award za książkę "Krzyk Czarnobyla", Pokojową Nagrodę im. Ericha Marii Remarque'a, Nagrodę Szwedzkiego Pen Clubu, Lipską Nagrodę Książkową dla Porozumienia Europejskiego, Nagrodę im. Andrieja Sinawskiego.
Słynie z krytycyzmu wobec polityki Aleksandra Łukaszenki oraz niepowtarzalnego stylu - narracji utkanej z setek wywiadów - określanego mianem "opowieści głosów". Jej książki zostały przetłumaczone na 22 języki i stały się kanwą licznych spektakli teatralnych oraz scenariuszy filmowych.
W tym roku jury - Małgorzata Szejnert (przewodnicząca), Anders Bodegard, Maciej J. Drygas, Tomasz Łubieński i Olga Stanisławska - wybierało spośród 47 książek.
W finale nagrody oprócz Aleksijewicz znaleźli się także:
Wojciech Górecki , autor książki „Toast za przodków” o Azerbejdżanie, Gruzji i Armenii, trzech krajach, które wchodziły w skład Związku Radzieckiego, a teraz mozolnie odbudowują swoją tożsamość;
Chloe Hooper , autorka „Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee”, w której przedstawiła sprawę śmierci Aborygena, do której mógł przyczynić się biały policjant;
Peter Fröberg Idling , autor „Uśmiechu Pol Pota”, książki o fascynacji szwedzkich intelektualistów reżimem Czerwonych Khmerów;
John Pomfret , autor „Lekcji chińskiego”, opowieści o zmianach, jakie nastąpiły w Chinach w ostatnich dziesięcioleciach. Wszyscy finaliści byli gośćmi Warszawskich Targów Książki w Pałacu Kultury.
Przed rokiem pierwszym laureatem nagrody został francuski dziennikarz i korespondent wojenny Jean Hatzfeld, za "Strategię antylop" o ludobójstwie w Ruandzie, w przekładzie Jacka Giszczaka.
Nagroda im Kapuścińskiego dla najlepszej książki reporterskiej wydanej w danym roku w Polsce została ustanowiona przez miasto stołeczne. Współorganizatorem konkursu jest "Gazeta", patronem honorowym - Alicja Kapuścińska.
Głośne fanfary w Teatrze Polskim - Gdy w rosyjskim i białoruskim internecie pojawiły się informacje o mojej nominacji do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego, wiele osób mówiło mi: "Swietłana, nie przejmuj się, ale nagrody nie dostaniesz, bo Polacy nas nie lubią. Tymczasem we mnie płynie polska krew mojego pradziadka i wiem, że tak nie jest, że "nas nie lubią". Łączy nas wspólne cierpienie i to jest ten język, którym możemy się porozumieć - mówiła Swietłana Aleksijewicz. Jej książka, wydana u nas nakładem wyd. Czarne w tłumaczeniu Jerzego Czecha opowiada o losach kobiet żołnierek w czasie II wojny światowej. O młodziutkich dziewczynach, które szły na wojnę w letnich sukienkach i butach na obcasach. Na wojnę w czasie, której były wyborowymi strzelcami, walczyły w piechocie. A niektóre pełniły bardziej "kobiece" role, były sanitariuszkami, musiały zbierać z pola walki rannych żołnierzy, często pod ostrzałem. Laureatka otrzymała 50 tys. zł, tłumacz jej książki - Jerzy Czech 15 tys. zł.
- Nagroda im. Ryszarda Kapuścińskiego ustanowiona przez miasto stołeczne
Warszawa, współorganizowana przez "Gazetę Wyborczą", to forma wyróżnienia i promocji najwartościowszych książek reporterskich, które zmuszają do refleksji, poszerzają naszą wiedzę o świecie. Celem tej nagrody jest również uhonorowanie Ryszarda Kapuścińskiego, wybitnego reportay, dziennikarza, publicysty i poety, który mieszkał w
Warszawie przez ponad 60 lat - mówiła Ligia Krajewska, wiceprzewodnicząca Rady Warszawy.
W tym roku jury - Małgorzata Szejnert (przewodnicząca), Anders Bodegard, Maciej J. Drygas, Tomasz Łubieński i Olga Stanisławska - wybierało spośród 47 książek. Zadanie mieli niełatwe, co znakomicie udowodnił pokazany wczoraj w czasie gali film przygotowany przez Cezarego Ciszewskiego & Co, a nakręcony telefonami komórkowymi. Pewne jest też, że jurorzy spierają się mocno o każdą z książek. W tym roku w finale W finale nagrody oprócz Białorusinki Swietłany Aleksijewicz znaleźli się także: Polak - Wojciech Górecki, autor książki "Toast za przodków"; Australijka - Chloe Hooper, autorka "Wysoki. Śmierć Camerona Doomadgee" w przekładzie Agnieszki Nowakowskiej; Szwed Peter Fröberg Idling, autor "Uśmiechu Pol Pota" w przekładzie Mariusza Kalinowskiego; Amerykanin John Pomfret, autor "Lekcji chińskiego" w przekładzie Jana Halbersztata.
- Zastanawiałem się, co oprócz patrona nagrody, Ryszarda Kapuścińskiego, łączy te tak różne reportaże. I już wiem, że jest to ogromna praca, wysiłek włożony w zbieranie materiału. Decyzja jury wskazuje, że warto jechać do Baku po jedno zdanie do puenty, warto przeczytać sto książek, żeby jedną napisać - mówił Wojciech Górecki.
Uroczysty wieczór wręczenia drugiej edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego w Teatrze Polskim, który poprowadził Maciej Orłoś miał jeszcze dwie bohaterki Zuzannę Romańską i Katarzynę Kaczor z Gimnazjum nr X. Ich praca "Spacer poranny - spacer z Kapuścińskim" została wyróżniona w towarzyszącej nagrodzie akcji edukacyjnej, której motywem przewodnim w tym roku był esej Ryszarda Kapuścińskiego "Spacer poranny".
Kobieta pamięta co innego, inaczej pamięta - rozmowa ze Swietłaną Aleksijewicz Lidia Ostałowska: Dla powojennego pokolenia radzieckiego opowieść o wojnie i zwycięstwie była elementem wychowania, ale i i indoktrynacji. Dlaczego postanowiła pani sprawdzić, czy jest pełna i prawdziwa? Swietłana Aleksijewicz*: Wychowałam się na wsi, gdzie prawie w ogóle nie było mężczyzn. Nie pamiętam męskich głosów, tylko kobiece. I kobiecy płacz. Kobiety dużo mówiły o wojnie, przede wszystkim o tym. W tych opowieściach była zupełnie inna wojna niż ta, o której czytałam. Ojciec o wojnie milczał, poszedł na nią mając niespełna 18 lat i było widać, że doznał szoku.
Babcia inaczej. Szłam z nią kiedyś za rękę. Nagle powiedziała, żebym nie biegła i nie śmiała się. Dlaczego? Bo na tym polu tylu było zabitych. Swoich się pochowało,
Niemcy jeszcze długo leżeli pod gołym niebem, ich szczątki usunęły traktory.
Babcia ostatni ręcznik dała rannemu Niemcowi, bo krwawił, dla niej to był mały chłopiec, a nie żołnierz. O takich polach nigdy nie czytałam w żadnej książce, a w szkole uczyli nienawidzić.
Później przyjeżdżałam do rodziców (byli wiejskimi nauczycielami), widziałam, jak pamięć umiera razem z ludźmi.
Wojna to moja dziecięca trauma. My, dzieci, żyliśmy wśród opowiadań o śmierci. Na białoruskiej wsi mówi się o wszystkim nie tylko w domu, ale i na ulicy, za stołami w święta. Mówi się chórem. W moich uszach do tej pory dzwoni ten chór.