Szwedzki dziennikarz Peter Fröberg Idling jest jednym z pięciu finalistów Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki i za miesiąc będzie gościem Warszawskich Targów Książki (13-15 maja).
Od dzisiaj - przez pięć tygodni co czwartek - będziemy publikować rozmowy z autorami najlepszych reportaży 2010 roku. 13 maja poznamy książkę laureatkę. Zwycięzca otrzyma 50 tys. zł, jeśli zostanie nim autor zagraniczny, nagrodę - 15 tys. zł - dostanie także jego tłumacz.
Peter Fröberg Idling, "Uśmiech Pol Pota (o pewnej szwedzkiej podróży przez Kambodżę Czerwonych Khmerów", przeł. ze szwedzkiego Mariusz Kalinowski, wyd. Czarne, Wołowiec
Andrzej Muszyński**: Kiedy wyjechał Pan do Kambodży?
Peter Fröberg Idling*: W 2001 roku. Pracowałem tam trzy lata do 2003 roku jako prawnik w organizacji pozarządowej.
To pana zawód?
- Tak, skończyłem prawo na Uniwersytecie w Uppsali.
Domyślam się, że pracował pan przy Trybunale ds. Zbrodni Czerwonych Khmerów.
- Nie, Trybunał powołano później, w 2006 roku. W czasie mojego pobytu dopiero przygotowywano grunt pod jego prace. Ja doradzałem organizacji kambodżańskiej Star Kampuchea, współpracującej ze szwedzką instytucją Forum Syd, która mnie tam wysłała. Kambodża to ciągle chaos, bezprawie. Naturalnie obowiązują określone przepisy, ale ich egzekucja to mrzonki. Szczególnie na prowincji. Wielkim problemem są nielegalne wywłaszczenia biednych ludzi. Naszą misją było ich bronienie i pomaganie im w walce z tą machiną, sterowaną przez bardzo majętnych i nie zawsze uczciwych ludzi.
Rozmawiał pan przy okazji z Kambodżanami.
- Opowiadali mi o tym, co zdarzyło się w Kambodży w latach 70. To były zatrważające historie. Jedyne fotografie z tego okresu, jakie widziałem, były zrobione przez reżimowych fotografów. Kilka czarno-białych zdjęć: oficjele partyjni, delegacje, czysta propaganda. Aż natknąłem się na zdjęcia moich rodaków.
Z Towarzystwa Przyjaźni Szwedzko-Kampuczańskiej, czwórki komunistów, którzy w 1978 pojechali do Kambodży na zaproszenie Pol Pota. Gdzie pan znalazł te zdjęcia?
- W albumie w księgarni w Phnom Penh w 2003 roku, jeszcze przed powrotem do Szwecji. Dopiero wtedy dowiedziałem się o tej delegacji.
To był szok?
- Trzęsienie ziemi. To, co na nich zobaczyłem, przeczyło wszystkiemu, co do tej pory słyszałem. Kambodża w czwartym roku terroru na barwnej fotografii: uśmiechnięci ludzie, spokój, sielsko.
Już wtedy pisał pan "Uśmiech Pol Pota"?
- Nie! Miałem jedynie ogólny plan napisania o Kambodży. Ale, w istocie, moje odkrycie w stołecznej księgarni - te dwa sprzeczne obrazy - było decydujące. Wiedziałem, że napiszę przede wszystkim o szwedzkiej delegacji.
Wrócił pan do Szwecji i zaczął to wszystko z siebie wyrzucać na papier.
- Wiedziałem, że historia ich "wycieczki", motywacje i przyczyna ich rewolucyjnego zaślepienia nie zmieści się w formie krótkich reportaży prasowych. Wtedy skontaktowało się ze mną wydawnictwo Atlas. Znali mnie jako dziennikarza, wiedzieli, skąd wróciłem. Zaproponowałem im temat - tę "dziwną" delegację szwedzką. Powiedzieli: napisz ze cztery rozdziały, przynieś i pogadamy. Zaskoczyło. Byłem wtedy studentem creative writing, pisałem powieść, ale kiedy otrzymałem od wydawcy pozytywną odpowiedź, odłożyłem wszystko i zabrałem się do tego reportażu.
Źródło: Gazeta Wyborcza