http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ocalony na tratwie

Ryszard Kapuściński
2010-01-29, ostatnia aktualizacja 2010-02-01 09:15

Flisak nie histeryzuje, nie odczuwa chandry, nie miota się, nie rozgorycza

Ryszard Kapuściński
Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Ryszard Kapuściński
ZOBACZ TAKŻE
- Ale meta - wołał asystent - bajka nie meta. - I zobaczysz Zeusa, dziwny bóg - dodał drugi asystent.

Reportaż o bogu! To mnie wzięło.

Jak mają grosz, gnają do tej mety co sobotę. Pielgrzymki zaczęli już w maju. Trochę za chłodno, ale nic: chłodno, za to pusto! Zajęcia kończą na uniwerku w południe, łapią za teczki, w tramwaj, na dworzec i już siedzą w pociągu. Linia na Działdowo, przesiadka na Brodnicę. Miejscami szosa biegnie obok toru. Szosą turlają się auta, motocykle, skutery. Ci dwaj przypatrują się temu, pewnie, że im nijako. Uczą dziejów literatury, zawód uczciwy, ale kokosów z tego nie ma.

Wagon kołysze, czytają książki.

Od stacji Tama Brodzka, piechotą przez las, idą do Stanicy Wodnej. Gniazdo domków rozsiadłe na płaskim stoku wzgórza nazywa się Bachotek. Asystenci prostują ramiona, czynią przysiady, wreszcie nieruchomieją. - Dzwoni? - pyta jeden. Nasłuchują. - Dzwoni! - szepcze drugi. - Co dzwoni? - pytam. (Widzę, że się wygłupiłem). Są oburzeni: - Cisza, człowieku, cisza dzwoni!

Biorą się do jedzenia. W gospodzie można dostać obiad. Gardzą tym. Z celebracją rozkładają kocher, gotują zupę ogonową w proszku. Woda kipi, zalewa ogień, parzy im ręce. Jedną łyżką jedzą na zmianę. Głodni - wmawiają sobie, że nigdy nie byli tak syci.

Już kajakiem suną po jeziorze. Ledwo ich dopędzam. Dostrzegają łabędzia. Wybucha spór, czy łabędź lata wysoko, czy nie. Jasne, że lata! Mieszczuchu, błądzisz! Kłócą się, szukają dowodów w literaturze. Kto mógł o tym pisać? Żeromski, Konopnicka? Daj spokój z Konopnicką, to nie jest wielka poezja! Przerażone ptactwo zrywa się z wody, zapada w szuwarach. Zawierają kompromis: dobrze, sprawdzą w encyklopedii.

Daleko brodzi czapla. Młócą wiosłami, pędzą w tamtą stronę. Zaraz zobaczą ją z bliska. Ale ptak słyszy hałas, unosi się w powietrze, odlatuje. Zawiedzeni wyrzucają sobie: za wolno ciągnęliśmy. Na usprawiedliwienie jeden drugiemu pokazuje dłonie - są całe w pęcherzach.

Odkładają wiosła. - Będzie nas dryfować - mówi jeden. - Skądże, tu nie ma prądu - protestuje drugi. Kajak przesuwa się kilka metrów. Patrzą na zegarki, obliczają szybkość, z jaką unosi ich fala.

Hen, na tle lasu, porusza się przy brzegu jakaś sylwetka. - On! - wykrzykuje asystent. Wysilają wzrok (ucone, a ocy mają - powie potem ocalony). - Nie, to chyba nie on - powątpiewa kolega. - Jakże nie, tu nie ma poza nim innych ludzi - upiera się pierwszy. - Ale pamiętasz, tamten się natężał, a ten się wcale nie natęża, ten spaceruje - dowodzi przeciwnik. Dyskusja się przeciąga, dręczy ich niepewność. Podjadą bliżej, wtedy się wyjaśni.

Płyną, sylwetka rośnie, nabiera wyraźnych kształtów. W moich przyjaciół wstępuje duch zwycięstwa. Oczywiście, że on. Zapierając się drągiem w dno, samotny flisak wiedzie jeziorem tratwę.

- Dzień dobry, panie Jagielski! - mówią.

Flisak patrzy na nas, oczka mu błyskają prześmiesznie.

- A dzień dobry - odpowiada.

- Można się przysiąść? Nie będzie za ciężko?

- Ta co ciężko. Co to waży.

To (chodzi o naszą trójkę) nie waży więcej jak dwieście kilo. Balansujemy więc bez skrupułów po pniach w stronę Jagielskiego. Asystenci obmacują rękę flisaka. (Niesłychane - mówi mi potem jeden - myślałem, że to będzie dłoń ciężka, gruzłowata, twarda jak zelówka. A on ma skórę miękką, delikatną, powiedziałbym, że on ma skórkę!).

Józef Jagielski przygląda się nam, my - jemu. Chłopina z niego drobny, o cienkiej kości i pchlich muskułach. Szczupła twarz, z rzadkim wyblakłym zarostem, utajona w cieniu rozległego daszka. Wygląda na lat trzydzieści parę, a ma ich 25. Jest już po wojsku, ale jeszcze nie bierze żony (co ta się pośpieszać, panowie). Wojsko ma w jego życiu znaczenie, bo wtedy jechał koleją. Niedaleko jechał, a jednak. Teraz już nie ma sposobności.

- A był pan w mieście? - pyta asystent.

- Toć pewnie, panowie, że byłem. W Brodnicy byłem, w Jabłowie byłem i w Toruniu też byłem.

Źródło: Duży Format
Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1