http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Lapidarium IV (1)

2001-10-02, ostatnia aktualizacja 2001-10-02 19:30

Wykład w New School of Social Research. Po wykładzie pytanie Jonathana Schella: - Dlaczego nikt nie przewidział tak szybkiego rozpadu Związku Radzieckiego? Odpowiadam, że moim zdaniem, nikt nie docenił potęgi dwóch sił - nacjonalizmu i pieniądza.

ZOBACZ TAKŻE
Potocznie przyjmowano, że w Związku Radzieckim istnieje jedna elita, spójna klasa rządząca (wg socjologów moskiewskich należało do niej ok. 24 milionów ludzi - 10 proc. społeczeństwa). Z czasem nomenklatura ta zaczęła dzielić się na dwie grupy, których interesy różnicowały się coraz bardziej: była więc grupa aparatu supermocarstwa oraz grupa aparatu republik. Ten ostatni, widząc, że proces pierestrojki liberalizując system, ożywia odśrodkowe nastroje i ambicje nacjonalistyczne, a chcąc utrzymać się u władzy, zaczyna sam głosić hasła nacjonalistyczne i zamiast być nadal agentem Moskwy, staje na czele lokalnych frontów narodowych. Zasługą Gorbaczowa było to, że pozwolił działać Jelcynowi. Jelcyn miał wówczas wybór - albo grać rolę Rosjanina-hegemona i umacniać Związek Radziecki, a tym samym Gorbaczowa i jego strategię reformowania, ale nie likwidacji ZSRR, albo grać kartę Rosjanina-nacjonalisty. Jelcyn wybrał tę drugą opcję i ?wycofał? Rosję ze Związku Radzieckiego. Tym samym główna podpora supermocarstwa przestała istnieć, a z nią i samo supermocarstwo.

A teraz o atrakcji pieniądza. Na Zachodzie panowało przekonanie, że sowiecka nomenklatura, posiadająca wielką armię i broń nuklearną, będzie bronić swoich pozycji do końca, gotowa na największy przelew krwi. Tymczasem ludzie ci wykorzystali własną uprzywilejowaną, monopolistyczną sytuację, żeby przejąć gospodarkę ZSRR na swoją prywatną własność. Komsomoł przejął bank z dewizami, generalicja wille i dochody z tajnej sprzedaży broni i samolotów, aparat gospodarczy zyski ze sprzedaży ropy, gazu, diamentów i innych surowców.

Tak więc postkomuniści-nacjonaliści podpisują w grudniu 1991 roku w Białowieży ugodę o rozwiązaniu ZSRR i - pozostają u władzy. Jest to przykład tak charakterystycznej dla naszej epoki rewolucji negocjowanej. Rządząca dotychczas elita oddaje dobrowolnie władzę polityczną (której już i tak nie ma siły dalej sprawować), a w zamian zdobywa mocne pozycje w gospodarce. Jest to koniec komunizmu. Ale koniec jeszcze nie całkowity, ponieważ każda negocjacja zakłada jakiś kompromis.

Tu, w okolicach Nowego Jorku dramatyzm przyrody, jej napięcie i skrajność, amplitudy i szaleństwa są dużo większe i silniejsze niż w rejonie Warszawy. Kiedy jest słońce, powietrze intensywnie świeci - jest krystaliczne, jasne, alpejsko czyste. Burze są gwałtowne, spadają nagle i pośpiesznie przenoszą się dalej, znikają jak stada ciemnych, niespokojnych ptaków. Natura nie zna tu żadnych hamulców, nie ma w niej joty wstrzemięźliwości, opanowania. Żywioł i potęga Atlantyku są tu zawsze obecne, kapryśne, władcze.

Inaczej w Warszawie. Tu natura jest zwykle spłaszczona, rozrzedzona, przez długie okresy - osłabiona i jednostajna. Stłumiona. Na niebo wypełzają chmury, które wiszą potem tygodniami nieruchomo, jak martwa zastoina. Senność i monotonia równiny. Gorączkowo szukamy jakiegoś szczegółu różnicującego, o który można by zaczepić wzrok, skupić uwagę. Świat jest tu zwolniony, niepewny, jakby pogrążony w drzemce.

Kobieta na Harway Avenue (Brook-lyn). Przeprowadza przez jezdnię dzieci idące do pobliskiej szkoły. Jej starannie skrojony mundur, biały pas, biała czapka z godłem, białe rękawiczki. Jej powaga, poczucie znaczenia swojej roli, bycia na służbie. Podobni są w tym do Rosjan. Służbiści. W Polsce służbista to określenie pejoratywne. A tu - duma, że służy się sprawie, instytucji, państwu.

Listopad i od rana ulewa, wichura, mokro. Gdzieś w polach, wśród pustkowi, kilkadziesiąt kilometrów od Nowego Jorku gigantyczna zabudowa - Roosevelt Mall.

Wysokie, jasne i długie hale, dziesiątki sklepów i barów, morze wszelkiego towaru.

Malle - gigantyczne, rozświetlone, kolorowe katedry amerykańskiego konsumeryzmu. Wypełnione w weekendy tłumem, który przychodzi tu zaspokoić jakieś pragnienia, potrzeby, nadzieje. Przychodzi oglądać, kupować, konsumować, być.



Izrael zburzył wioskę, zasypał ''polską'' studnię

Beduińska wioska zrównana z ziemią. Zniszczona co najmniej jedna cysterna na wodę, którą odbudowała PAH

Nonszalancja Marii Czubaszek

Katarzyna Kolenda-Zaleska o wyznaniu Marii Czubaszek: Uwiera mnie łatwość, z jaką opowiada się o najintymniejszych sprawach