Na Bulwarze Nafciarzy Gulnara Guseinowa leczy ludzi zapachem kwiatów. Kto ma sklerozę, wącha laurowe liście. Kto ma nadciśnienie - wącha geranie. Na astmę najlepszy jest rozmaryn. Ludzie przychodzą do Gulnary z kartką od profesora Gasanowa. Na kartce profesor przepisuje nazwę kwiatu, a także czas wąchania. Wącha się na siedząco, najczęściej przez dziesięć minut. Gulnara dogląda, żeby każdy wąchał to, co należy, żeby, powiedzmy, jakiś sklerotyk nie zabrał się do wąchania rozmarynu. Kwiaty stoją rzędami w szklanym domku, który nazywa się gabinetem fitoterapii i przypomina cieplarnię. Gulnara mówi mi, żebym usiadł i też coś powąchał. Czy czuję zapach? Nie czuję nic. Otóż to - bo kwiat nie pachnie sam z siebie. Trzeba poruszyć łodygą, wtedy kwiat czuje, że ktoś się nim zainteresował I zaczyna wysiewać swój zapach. Kwiaty nie pachną dla siebie, tylko zawsze dla kogoś. Na każde poruszenie kwiat zareaguje zapachem - jest naiwny i lekkomyślny, każdemu chce się podobać. - Towarzysze, poruszajcie kwiatami! - napomina Gulnara siedzących w gabinecie staruszków, którzy zaczynają trząść gałązkami, jakby otrzepywali je z mrówek.
Pytam Gulnary, która jest studentką medycyny, czy wierzy, że kwiat może wyleczyć człowieka. Wyleczyć nie psychicznie, bo taka możliwość jest dowiedziona, ale wyleczyć fizycznie, na przykład nadać sprężystość wapniejącej komórce. Gulnara uśmiecha się. Mówi tylko, że do niej przyjeżdżają leczyć się ludzie z całego świata. Podkreśla: nawet z Ameryki.
Metoda profesora Gasanowa - to właśnie leczenie zapachem kwiatów - stała się już głośna.
Myślę, że Gulnarę, podobnie jak mnie, urzeka w tej metodzie jej rys estetyczny, a także jej pogoda i dobrotliwa mądrość. Bo co ma zrobić profesor ze starcem, który nosi siedem krzyżyków i zapomina swojej daty urodzenia? Oczywiście, profesor mógłby go wsadzić do stłoczonej sali szpitalnej, w odór chloroformu i jodyny. Ale po co? Czy nie jest piękniejszy zmierzch pachnący kwiatami niż zmierzch, który czuć chloroformem? Więc kiedy do profesora przychodzi ktoś taki, kto musi zajrzeć w dowód osobisty, żeby podać datę swojego urodzenia, i narzeka, że mu coś głowę zamula, profesor słucha go uważnie, a potem pisze mu na kartce: "Rp.: Laurowe liście. Dziesięć minut dziennie. Przez trzy tygodnie". I patrzcie, mówi Gulnara, tłumy walą do profesora. Na wizytę czeka się miesiącami.
Siedzimy z Gulnara na Bulwarze Hafciarzy, nad brzegiem morza. Od tego miejsca Baku wznosi się łagodnie kamiennymi tarasami. Miasto leży w zatoce, ma kształt amfiteatru i przez to całe jest widoczne. Gulnara pyta, czy lubię Baku. Odpowiadam, że tak, że bardzo. Wszystkie style paradują tu obok siebie w wielkiej rewii mód i epok architektury. Czego tu nie ma! I pseudogotyk, i pseudobarok, i styl postmauretański, i szkoła Corbusiera, i konstruktywizm lat dwudziestych, i monumenty okresu patetycznego, i ładne, nowoczesne konstrukcje. Unikalna to ekspozycja. Bo wszystko ma się na miejscu, wystawione obok siebie, jak w witrynie londyńskiej firmy Mr Coxa Kupno - Sprzedaż Nieruchomości, która może zaoferować każdemu dokładnie to, co chce. I cała ta wystawa nie razi, tak jak w Desie nie razi, że chiński czajnik leży obok szabli powstańca styczniowego.
Zresztą jest kilka Baku.
Najstarsze Baku jest najmniejsze. Jest nie tylko maleńkie, ale tak ciasno upchane, tak ściśnięte, tak zagracone, że kiedy tu wchodzę, mimowolnie robię głęboki wdech, żeby sprawdzić, czy będę miał czym oddychać. Jeżeli stanąć tu na środku ulicy i rozłożyć ramiona, to można jedną ręką pogłaskać dziecko śpiące w kołysce w mieszkaniu na lewo, a drugą ręką poczęstować się gruszką leżącą na stole w mieszkaniu naprzeciwko. Chodzi się tu gęsiego, bo jak idzie para, to już stwarza tłok. W dodatku ta bakijska Starówka nie ma żadnego planu, a może ma plam, ale tak surrealistyczny, że go normalna głowa nie pojmie. Nigdy nie wiadomo, jak stąd wyjść. Byłem tu z Walerym, który urodził się i wychował w Baku, próbowaliśmy różnych wariantów, i tak, i tak, nic nam nie wychodziło. Byliśmy u kresu sił, kiedy wyratowały nas dzieciaki.
Jakiś Timur i jego drużyna.
Ta część Baku nazywa się Iczeri-Szereh, to znaczy Miasto Wewnętrzne. Wiele legend osnuwa tę dzielnicę i opiewa ją wiele ballad podwórzowych. Dla mieszkańców dużego Baku Iczeri-Szereh było miejscem na wskroś egzotycznym, gdzie ludzie mówili swoim językiem i żyli jakby pod wspólnym dachem, bez tajemnic. Dzisiaj Iczeri-Szereh stopniowo burzą, będzie tu nowa dzielnica.
Wokół Miasta Wewnętrznego rozciąga się Baku właściwe, duże i trochę snobistyczne. Bo to duże Baku jest miastem zrobionym na zamówienie, dla prywaciarzy, dla dorobkiewiczów, dla królów bakijskiej nafty. Baku zawsze robiło karierę na nafcie. Już w X wieku wspominają Baku autorzy arabscy właśnie jako miejsce, skąd przywozi się naftę. Dziwy opowiadają na ten temat. "Adżaib ad-Dunia", traktat perski z XIII wieku, mówi, że "przez całą noc Baku płonie jak ogień. Na ziemi stawiają kocioł i gotują w nim wodę". O tym gotowaniu pisze również w 1666 roku turecki podróżnik Ewii Czelebi:
"W Baku są różne miejsca bezpłodne. Jeśli człowiek albo koń postawi tam nogę i trochę postoi, to jego noga zacznie się palić. W tych miejscach przewodnicy karawan rozgrzebują ziemię, wstawiają w nią kociołki i strawa natychmiast się gotuje. Przedziwna jest mądrość Boga!"
Karawany rozwoziły bakijska naftę po całej Azji. Marco Polo pisze, że było to przede wszystkim bezcenne lekarstwo na skórne choroby wielbłądów. Tak więc, w jakimś sensie, transport średniowiecznej Azji zależał od bakijskiej nafty. Z powodu palącej się ziemi Baku było również Mekką hinduskich czcicieli ognia, którzy ściągali tu z Indii, żeby grzać się w pobliżu swoich płonących bogów. Zachowała się ich świątynia, Ateszga, z czterema wygasłymi kominami.
Sto lat temu staje w Baku pierwsza wieża wiertnicza. Zaczyna się zawrotna kariera miasta. Przyjechał tu jeden Polak - opowiadają mi - człowiek elegancki, z polotem. Wynajął dorożkę i kazał się wozić. W pewnej chwili zdjął cylinder i rzucił go na ziemię. Pokazał zdumionemu dorożkarzowi miejsce, gdzie upadł cylinder. Tu będziemy wiercić, powiada. Bogatym był później człowiekiem. Ponad dwieście zagranicznych firm eksploatuje naftę bakijską. "W 1873 roku - pisze Harvey O'Connor - nastąpił w Baku pierwszy wytrysk samoczynnego szybu. W następnym dziesięcioleciu Baku urosło do poziomu najbogatszego miasta na świecie, a ormiańscy i tatarscy milionerzy naftowi zaczęli rywalizować z milionerami z Teksasu. Miasto to stało się największym ośrodkiem rafineryjnym świata. Rosja zajęła pozycję wielkiego eksportera ropy, który miał na kilka lat usunąć w cień Stany Zjednoczone. Bracia Nobel, którzy zupełnie przypadkowo zjawili się w Baku w 1875 roku, zbudowali tu w rok później swoją pierwszą rafinerię, a w 1878 roku utworzyli spółkę Nobel Brothers Naphtha Company, która w 1883 roku kontrolowała już 51 procent produkcji ropy. Zbudowali oni pierwszy rurociąg na polach naftowych w rejonie Baku, sprowadzili wiertaczy z Pensylwanii i zastosowali zdobycze nauki do organizacji tego chaotycznie rozwijającego się przemysłu. W ciągu kilku lat bracia Nobel dorobili się floty wielkich morskich tankowców parowych i mniejszych tankowców rzecznych do przewozu ropy na Wołdze. Działo się to w czasie, kiedy ciągle jeszcze żaglowce przewoziły naftę z Ameryki w beczkach i bańkach. Noblowie mieli być wyjątkiem od zasady, która głosiła, że kto chociaż rok żył wśród magnatów naftowych w Baku, ten nie mógł się już stać ponownie człowiekiem cywilizowanym. Baku stało się jednym z najszpetniejszych, najruchliwszych i najbardziej niespokojnych zakątków świata. Tatarzy, Ormianie, Persowie i Żydzi tworzyli wraz z Rosjanami etniczną mozaikę, która od czasu do czasu wybuchała gwałtownymi masakrami. Sporo terenów roponośnych darowanych zostało przez cara różnym dworskim faworytom. Rozpętała de spekulacja, fortuny rosły z dnia na dzień. Świat nigdy dotąd nie oglądał czegoś podobnego, nawet w zachodniej Pensylwanii. Ponieważ nie było sposobu ujęcia strumieni tryskającej ropy, szyby otaczano groblami tworząc jeziora. Jednakże często całe rzeki ropy płynęły z szybów wprost do morza."
Do Noblów dołączają się Rotszyldowie:
"W 1885 roku przedsiębiorcy kolejowi (którzy zbudowali koleje na Kaukazie, pozwalające transportować ropę bakijską przez Morze Czarne do Europy) otrzymali pożyczkę od barona Alfonsa Rotszylda z Paryża, z tym, że Rotszyldowie mieli przejmować całą nadwyżkę eksportową Rosji. Wkrótce już Rotszyldowie mieli poważne udziały w wydobyciu ropy i jej rafinacji w Baku, ale nie udała im się próba przejęcia własności braci Nobel. Paryski dom bankowy zajął drugie miejsce w przemyśle naftowym Baku, a Noblowie utrzymali swoją pierwszą pozycję: produkowali oni więcej ropy niż Standard Oil Co. w Ameryce, a dorównywali niemal firmie Rockefellera, jeśli idzie o rafinację i zbyt".
W 1900 roku Baku daje ponad połowę (52 procent) światowej produkcji ropy.
Wszystko wskazuje na to, że Baku było wtedy miastem koszmarnym. "Tak musi wyglądać piekło" - napisał o Baku Górki. "Nie chciałbym tu mieszkać za milion rubli!" - zawołał Czechow. W tym potwornie gorącym mieście wodę rozwozi się w beczkach lub kupuje się u handlarzy, którzy noszą ją w skórzanych workach. Zaledwie kilka ulic ma kanalizację. Przez śródmieście przechodzą karawany wielbłądów, popędzane gwizdem lokomotyw, bo linie kolejowe przecinają centralne ulice. Nad miastem unosi się wieczny grzyb sadzy i dymu. Wicher pędzi tumany pyłu, bo nie ma chodników, nie ma drzew, a w Baku przez dziewięć miesięcy w roku dmie silny wiatr. Miasto otaczają dzielnice rozpaczliwych slumsów. Dzień roboczy trwa od świtu do nocy, a firmy przyjmują do pracy chłopców od lat ośmiu. Gromady tych chłopców, całe krucjaty dziecięce, wędrują przez pustynie Azji, z Iranu, z Turcji, z Armenii, z Dagestanu, wędrują do Baku, do pana Nobla. Potem pan Nobel ustanowi za te pieniądze światową nagrodę.
Obok tych slumsów rosły jednak i dzielnice mieszczańskiego dostatku, bogate kamienice, gmachy i pałace, budowane w różnych pseudostylach albo w konwencji secesyjnej. Każdy chciał mieć tu dom okazalszy od swego sąsiada, bardziej ekskluzywny i wystylizowany. Jeszcze dziś chętnie się podziwia tę paradę kamieniczników. Ale teraz Baku jest miastem zieleni, jasnych ulic i bulwarów, co zresztą bardziej wyeksponowało dawne własności Noblów, Rotszyldów i Tagije-wów. Solidny, właściwie pompatyczny charakter starego śródmieścia sprawia, że stolica Azerbejdżanu nie jest podobna ani do Tbilisi, ani do Erewanu, w ogóle do żadnego miasta w tej części świata. W azjatyckim kontekście Baku jest egzotyczne właśnie przez swoją mieszczańską europejskość. Przede wszystkim Baku musiało kontrastować z samym Azerbejdżanem. Azerbejdżan był muzułmański, na wpół koczowniczy, perski czy turecki i nagle w takim krajobrazie kawałek jakiegoś Chicago czy Hamburga!
Baku jest przemysłową bazą Azerbejdżanu, typowo kolonialną enklawą, jak Katanga w Kongu, jak zagłębie Kuwejtu. Poza granicami miasta zaczyna się świat patriarchalny, od wieków znieruchomiały, pusty, niedostępny. Dużo zrobiono po rewolucji, żeby tę dysproporcję, ten przepastny kontrast zniwelować. Powstały nowe miasta, nowe ośrodki przemysłu. Ale Baku jest nadal kolosem Azerbejdżanu. Miasto daje ponad 80 procent produkcji przemysłowej całej Republiki. Mieszka w nim 28 procent ludności Azerbejdżanu i ponad połowa ludności miejskiej kraju. W tej chwili Baku ma tyle ludności co Warszawa - około 1,2 miliona, ale Azerbejdżan ma siedem razy mniej ludności niż Polska. I Baku ciągle się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie osiedla, ludność ze wsi ściąga do stolicy.
Byłem w Baku w rosyjskim teatrze na sztuce "Ty zawsze ze mną" azerbejdżańskiego dramaturga Iliasa Efendiewa. Pracownica zakładu produkcyjnego kocha się w swoim dyrektorze. Dziewczyna jest młoda, egzaltowana, deklamuje wiersze. Dyrektor przeżywa dramat, ponieważ jest dużo starszy, jest właściwie stary, ma dorosłego syna, bodaj inżyniera. Dyrektor proponuje dziewczynie, że wyda ją za swojego syna, ale ona nie chce, chce za dyrektora. Dialog tych dwojga obraca się ciągle wokół kwestii przeżytków. Dziewczyna zarzuca mu, że ma przeżytki, bo zwraca uwagę na wiek, dyrektor broni się, jest zdenerwowany, pali papierosa za papierosem. W drugim akcie pojawia się zły duch - koleżanka dziewczyny, bikiniara i kosmopolitka. Koleżanka (zresztą klawa dziewucha!) nosi elastyczne spodnie, tańczy twista i namawia dziewczynę, żeby chodziła do kawiarni. Dziewczyna słucha tego z oburzeniem, w końcu zrywa znajomość. Dalej czeka na dyrektora. W trzecim akcie następuje rozstrzygnięcie. Dyrektor decyduje się wyjechać, obejmuje nowy zakład. Przedtem jednak wzywa do siebie aktyw robotniczy i prosi zebranych, żeby przydzielili dziewczynie trudne zadania, które pomaga jej wszystko zapomnieć.
Po teatrze kolega z Baku zaprosił mnie do restauracji. Stoi ona na brzegu morza, a ponieważ nie ma ścian i dmie wicher, stwarza to wrażenie, jakby się było w czasie sztormu na pokładzie okrętu. Kiedy przyszliśmy, było pełno, ale ludzie są tu gościnni i jak kolega powiedział, że ma Polaka, zaraz znalazło się miejsce. Siedział z nami jakiś Azerbejdżanin już podpity. - A ty skąd? - zapytał mnie. - Ja z Polski - powiedziałem. - Z Polski - powtórzył, pokiwał głową i zamilkł. - A ty? - zwrócił się po chwili do kolegi. - Ja z Baku - powiedział kolega - ja bakijec. - Na to Azerbejdżanin zagadał coś po azerbejdżańsku. - Nie znam azerbejdżańskiego - powiedział kolega, który jest Rosjaninem. Azerbejdżanin zamilkł znowu, próbował trafić widelcem w pomidora, milczał. - Bakijec - odezwał się w końcu - jaki ty bakijec. - Wstał i pożeglował między stolikami.
Wracam późno do hotelu. Ogromny tłum zapełnia bulwary. W pogodny wieczór można tu spotkać połowę Baku. Ludzie lekko ubrani, bo ciepło, spacerują, zajadają lody. Z jednej strony bulwaru podnosi się ściana świateł - to Baku. A z drugiej strony jest morze, ciemne, ale teraz, o północy - spokojne. Jeszcze chodzą trolejbusy. Kelnerzy zamykają ostatnie herbaciarnie.