Przekomarzałem się z Sandrą, uczestniczką warsztatów i zdeklarowaną antychavistką, o tę postawę Kapu. Uciekała od tematu, jak gdyby nie mogąc pogodzić swojego krytycyzmu wobec Cháveza z uwielbieniem dla mistrza.
Kapu i Gabo Jaime Garcia Márquez, młodszy brat noblisty i osoba nr 2 w fundacji, rozkłada ręce, gdy proszę o pomoc w uzyskaniu spotkania z Gabo, Gabrielem Garcią Márquezem. - Gabito nigdy nie mówi ani nie pisze wspomnień o zmarłych przyjaciołach. (Skądinąd wiem, że stan zdrowia nie pozwala mu na udzielanie wywiadów). Nie ma jednak wątpliwości, że Kapu i Gabo, prócz podziwu dla dokonań pisarskich drugiego, mieli dobrą "chemię polityczną".
Obu fascynował temat władzy - szczególnie tej absolutnej. Gdy Kapu pisał "Cesarza", Gabo wydawał "Jesień patriarchy". Gdy jeden pichcił pomysł napisania powieści o Simonie Bolivarze ("Generał w labiryncie"), drugi podbijał świat "Szachinszachem". Czy spierali się o ocenę Castro, z którym Garcia Márquez przyjaźni się od ponad 30 lat? Nie dowiemy się chyba nigdy. Także tego, jakie książki Kapuścińskiego Gabo ceni najbardziej. (Jaime Abello pamięta, że wymieniał "Cesarza", "Wojnę futbolową" i "Imperium".)
Poznali się w 1970 r., gdy Kapuściński był korespondentem w Meksyku, a "Sto lat samotności" nie było jeszcze przetłumaczone na polski. Gabo wyrastał już na giganta prozy, lecz ciągle bardziej był znany jako autor reportaży. "Zawsze uważałem go za przyjaciela, za kogoś, z kim doskonale się rozumiem" - pisał Kapuściński, wspominając wspólne warsztaty w Meksyku. Nazwał Gabo "klasykiem reportażu" i stwierdził, że "jakkolwiek podziwia jego powieści, to wielkość Garcii Márqueza tkwi w jego tekstach dziennikarskich, z których wyrosła późniejsza literatura".
Na pierwsze warsztaty Kapu w Meksyku Gabo celowo się spóźnił, żeby nie skupiać na sobie uwagi. Wszystko na nic - gdy tylko się zjawił, wszyscy wstają, witają: - Mistrzu A Gabo na to: - Prawdziwy mistrz jest tutaj - i wskazał na Kapuścińskiego. Po czym usiadł razem ze słuchaczami, żeby podkreślić, że przy Kapu jest jeszcze jednym uczniem.
Przeglądam kalendarz pobytu Kapuścińskiego w Meksyku. Prywatne spotkania z Gabo to żelazny punkt programu:
lunch z Gabo, popołudnie z Gabo,
kolacja z Gabo. Musieli czuć się ze sobą wybornie, skoro rozważali wspólną podróż na wyspy Oceanii. Gabo chciał podpatrzyć, jak pracuje przyjaciel z Polski, który planował kolejną książkę - o badaczu kultury Trobriandów Bronisławie Malinowskim.
Któregoś razu Jaime Abello przeprowadził eksperyment. Gdy był sam na sam z każdym z nich, zadał pytanie: - Jaka jest najlepsza droga do dobrego dziennikarstwa? Obaj, niezależnie od siebie, odpowiedzieli to samo: poezja. Dlaczego? Bo bardziej niż inne formy literackie zmusza do szukania lapidarności, trafności określeń. Kapu dodał jeszcze historię, którą studiował na uniwersytecie. Uważał, że dziennikarz to historyk, który pisze o dniu dzisiejszym.
W idyllicznym krajobrazie wzajemnej fascynacji i zrozumienia jest jedna rysa - a przynajmniej znacząca różnica między dwoma mistrzami. W czasie długiej rozmowy Jaime Garcia Márquez wspomniał, że będąc w USA, zignorował zaproszenie na kolację z Henrym Kissingerem (poszedł na mecz bejsbola). Gabo poszedł. - Oni się znają i przyjaźnią od lat - rzucił mimochodem.
Nie miałem śmiałości zburzyć familiarnej atmosfery i nie powtórzyłem treści rozmowy, jaką miałem z Kapuścińskim o Kissingerze. Jemu też - opowiadał - proponowano kolację z Kissingerem, lecz odmówił. Kissinger był dla niego - dokładnie tak jak dla Christophera Hitchensa, autora demaskatorskiej książki "The Trial on Henry Kissinger" ("Proces Henry Kissingera") - zbrodniarzem wojennym współodpowiedzialnym za masakry cywilów w Wietnamie, Kambodży, Timorze Wschodnim i paru innych miejscach, politycznym autorem zabójstwa gen. Rene Schneidera, dowódcy chilijskiej armii w 1970 r., kumplem Pinocheta i obrońcą quasi-nazistowskiej junty w Argentynie.
Gabo i Kapu wyznaczali sobie inne granice fascynacji ludźmi władzy.
Pięć zmysłów dziennikarza Zapis warsztatów i konferencji Kapuścińskiego fundacja wydała w książeczce "Pięć zmysłów dziennikarza". Być, widzieć, słyszeć, współodczuwać, myśleć. W umowie, którą pokazuje Jaime, Kapuściński zastrzega: książka musi być rozdawana, nie wolno jej sprzedawać ("Moja agentka w Szwajcarii byłaby zazdrosna" - żartował).
To rodzaj summy o zawodzie dziennikarza - podobny trochę do znanego w Polsce "Autoportretu reportera". Kapuściński przyznaje się w niej do inspiracji francuską szkołą historii społecznej Annales - sposobu myślenia polegającego na budowaniu obrazu całości z detali i wydobywaniu elementów "długiego trwania". Szkicuje linię reporterskiej tradycji, z którą się utożsamia: Balzak, Goethe, Orwell, Malaparte, Chatwin, Baudrillard, Garcia Márquez. Mówi o reporterskiej misji "tłumacza kultur", spotykania Innego, zagrożeniach globalizacji - wątkach, które znamy z wielu jego książek, artykułów, wywiadów.
W części poświęconej dylematom zawodu dziennikarze pytają m.in., jak sobie radzić z cenzurą. Kapu opowiada o grach z cenzorem w PRL, lecz główne zagrożenie dziś widzi w innego typu cenzurze: konflikcie między prawdą a interesami właścicieli mediów; w tym, że media usadowiły się blisko władzy, przestały być krytyczne. - Tu nie ma jednej dobrej rady. Trzeba walczyć i negocjować, żeby dochować wierności naszej zawodowej misji - mówił.
Zaglądam do kwestionariuszy ocen, jakie mu wystawili słuchacze warsztatów. Ani jednej negatywnej. Tylko dwie oceny letnie („Dobra robota”, „OK”) Reszta w duchu: „To Ryszard Kapuściński. Nie trzeba mówić nic więcej”. „W końcu potrafię wymówić słowo »mistrz « bez cienia wahania”.
Spotykam w Bogocie Javiera Dario Restrepo, gwiazdę publicystyki i profesora w katedrze im. Kapuścińskiego. Mówi, że uczy studentów o Kapu od 1987 r., kiedy przeczytał "Jeszcze dzień życia", o wojnie w Angoli, i wywiad w meksykańskim dzienniku "La Jornada".
Kapuściński odpowiada w nim na zarzut jednostronności: że w książce o Angoli ukazuje racje czerwonej MPLA, ignorując racje FNLA i Unity. Mówi, że - jak to często na wojnie - nie miał szans dotrzeć do drugiej strony, lecz nie w tym leży sedno odpowiedzi.
Nie wierzy, że dziennikarz opisujący konflikty może zachować obiektywizm. Zawód reportera wojennego niesie ryzyko, na które godzą się jedynie ci z pasją, zaangażowani, zdolni do empatii. Zresztą formalny obiektywizm w sytuacjach konfliktów może nieść dezinformację. Nieraz mówił: najwięksi reporterzy tacy jak Orwell, Garcia Márquez uprawiali "dziennikarstwo z intencją", które "walczy o jakąś sprawę".
Młody publicysta kolumbijski Oscar Escamilla przejął się naukami Kapu o budowaniu większych obrazów z detali i we wstępie do "Pięciu zmysłów " napisał: "Zwróciłem uwagę na jego małe stopy - i nie byłem jedyny. Ktoś mi później powiedział, że nigdy nie byłby w stanie wyobrazić sobie, iż człowiek, który tak dużą część życia przemierzał świat, może mieć tak małe stopy".
Fragmenty przygotowywanej przez Artura Domosławskiego książki o Ryszardzie Kapuścińskim