W 1986 r. Ryszard Kapuściński zapisał w swoim dzienniku zdanie Stanisława Brzozowskiego sprzed 76 lat: "Boże! Boże! Trudna to naprawdę rzecz być dzisiaj Polakiem, chcieć myśleć, chcieć pracować".
Zaiste, nie było to łatwe dla Ryszarda Kapuścińskiego ani wtedy, w ponury czas duchoty stanu wojennego, ani wcześniej, ani później. A przecież całe życie pracował, myślał i pisał. Stworzył dzieło jedyne w swoim rodzaju - opowieść o świecie wykluczonych ze świata, zobaczonym przez polskie okulary, napisaną polskim piórem polskiego pisarza. Dzieło Ryszarda Kapuścińskiego należy do najważniejszych znaków obecności polskiej na szczytach współczesnej kultury.
I.
Przed kilku laty uczestniczyłem w konferencji w Barcelonie. W przerwie podeszła do mnie grupa studentów katalońskich, pytając, czy znam Ryszarda Kapuścińskiego. Gdy odpowiedziałem twierdząco, poprosili mnie, bym opowiedział im o Ryśku. Wtedy łatwiej mi to szło niż teraz. Ryśka Kapuścińskiego wszędzie czytano, podziwiano, kochano. Powtarzałem mu te zachwyty swoich rozmówców z całego świata, a on tylko lekko uśmiechał się i z zawstydzeniem machał ręką. Nie było w nim nic z zarozumialstwa pisarza, który osiągnął szczyty popularności na wszystkich kontynentach; który był nagradzany i honorowany wszędzie; który był czytany i podziwiany przez kilka pokoleń.
Pochodził z biedy polskiej, z Pińska. Mówił mi kiedyś, że chce napisać książkę o Pińsku, żeby spłacić dług własnym korzeniom. Szkoda, że nie zdążył. Zdołał tylko napisać znakomity - godny pióra Gogola - opis podróży do Pińska.
Sławę światową przyniósł mu "Cesarz", portret dworu cesarza Abisynii. "Cesarz" stał się portretem wszystkich dworów i wszelakich dyktatur. Rysiek łączył konkret z tym, co uniwersalne. W usta jednego z dworaków włożył monolog, który na zawsze pozostanie klasyką gatunku:
"My, orszakowi, żyliśmy jak między młyńskimi kamieniami, czekając tylko, który nas zgniecie. Mieliśmy bowiem wpisywać na listę proponowane nazwiska i przesyłać je wyżej. Na nas więc walił się tłum faworytów i atakował to prośbą, to groźbą, to słyszało się lament, to zaprzysiężenie zemsty, ten wypraszał łaski, inny podtykał pieniądze, jeden obiecywał złote góry, drugi zapowiadał donos. Bez przerwy wydzwaniali protektorzy faworytów, a każdy polecał umieścić swojego wybrańca, a srożył się przy tym, a groził. Ale protektorom trudno dziwić się, gdyż sami robili to pod naciskiem, jako że uparcie cisnęły ich doły, a i oni też cisnęli się między sobą, bo jakaż by to była ujma, gdyby jeden protektor umieścił swojego faworyta, a drugi - nie. Tak, młyńskie kamienie szły w ruch, a nam, orszakowym, bielały skołatane głowy. Każdy z możnych protektorów mógł nas zgnieść na miazgę, a czyż było naszą winą, że nie dało się wsadzić do orszaku całego cesarstwa?"
Zaiste, nie było w tym winy orszakowego.
Oto przykład maestrii pisarskiej Ryszarda Kapuścińskiego.
II.
Przed laty zdarzyło mi się uczestniczyć w seminarium letniego uniwersytetu w San Sebastian wraz z Ryśkiem, ks. Józefem Tischnerem i Jorgem Ruizem. Mieliśmy sporo czasu na rozmowy. Podczas jednej z nich zapytałem Ryśka: - Powiedz, kiedy właściwie zmieniłeś swój stosunek do komunizmu? Przecież w latach młodości wierzyłeś w komunizm.
Rysiek zastanowił się i odpowiedział, że decydujący był rok 1956.
- Ale zawsze byłem - tłumaczył Rysiek - i pozostałem po stronie biednych i wykluczonych.
Taki jest, myślę, klucz do rozumienia przesłania pisarskiego Ryszarda Kapuścińskiego.
Drugi zaś klucz to nieugięta wiara w sens spotkania i dialogu z "Innym", z inną kulturą i inną tradycją, inną pamięcią i innym doświadczeniem, inną biografią, innym narodem, inną religią.
Był w tym głęboki humanizm i autentyczny heroizm sprzeciwu wobec wszelkiej nietolerancji, ksenofobii, nacjonalizmów etnicznych i fanatyzmów religijnych. Była także głęboka zdolność rozumienia biednych, skrzywdzonych i poniżonych w świecie dyktatury, pieniądza i policji. I był również w tej postawie protest przeciw arogancji europocentryzmu, który nie chce zauważać losu i cierpienia mieszkańców "przedmieść historii" - z Kolumbii i Brazylii, z Iranu i Algierii, z Angoli i Sudanu.
Taka perspektywa pisarska pozwoliła Ryszardowi Kapuścińskiemu stworzyć dzieło jedyne i niepowtarzalne. Stał się fenomenem polskiej i europejskiej literatury. Nikt nie umiał tak czule, rozumnie i precyzyjnie opowiedzieć o świecie tamtych ludzi. Większość z nas, naznaczonych własną historią - rozbiorami i zaborami, okupacją niemiecką i sowiecką, Hitlerem i Stalinem, Oświęcimiem i Katyniem, dyktaturą komunistyczną i symbolicznymi datami polskich miesięcy-protestów - nie potrafi i nie chce rozumieć historii bólu Innego. Nie myśleliśmy o ludobójstwie w Ruandzie, o koszmarze handlu niewolnikami, o piekle kolonializmu, o wielkim głodzie w Etiopii, o tyranii Amina w Ugandzie, o źródłach rewolucji w Ameryce Łacińskiej i o naturze rewolucji konserwatywnej w Iranie.
Ile w tym było - i pozostaje - naszej ignorancji, a ile arogancji?
„Ilekroć - pisał Ryszard Kapuściński - wracałem z Afryki, nie pytano mnie: »A jak tam Tanzańczycy w Tanzanii? «, tylko: »A jak tam Rosjanie w Tanzanii? «. I zamiast spytać o Liberyjczyków w Liberii, pytano: »A jak tam Amerykanie w Liberii? «. (...) Nic nie sprawia Afrykańczykom większej przykrości niż takie przedmiotowe, instrumentalne ich traktowanie. Odbierają to jako poniżenie, degradację, policzek”.
Książki Ryśka tłumaczyły, tłumaczą i będą tłumaczyć, że nie wolno poniżać Innego.