Jestem świeżo po lekturze książki Domosławskiego. Kapuściński był, jest i będzie nadal moim mistrzem, wzorem niedoścignionym. Nie szukałam w tej książce sensacji, brudów. Chciałam jedynie spróbować poznać mistrza. I jestem wdzięczna Domosławskiemu za próbę przybliżenia mi tej fascynującej osoby. Bawią mnie dyskusje tzw. "ekspertów" na temat konfabulacji Kapuścińskiego, te szukanie na wyścigi miejsc w twórczości, gdzie mijał się z prawdą. To tak, jakby czynić zarzut Leonardo da Vinci, że ponieważ łasiczki są w rzeczywistości brązoworude, to malarz nigdy nie widział damy, którą sportretował. Nie obchodzi mnie czy Lulu siusiał na buty, a Reza Pahlawi siedział sam w swoim pokoju wgapiając się w mapę. Wierzę, że Kapuściński opisywał świat zgodnie z swoimi odczuciami, w zgodzie ze swoją prawdą. Monopol na prawdy ostateczne, obiektywne ma tylko Bóg, a my ludzie widzimy i oceniamy wszystko wyłącznie przez pryzmat własnych doświadczeń.