Gdyby nie nagłośniona rozprawa sądowa, podejrzewam, że większość czytelników Kapuścińskiego nie sięgnęłaby po jego bibliografię. Pytanie zasadnicze dotyczy granicy pomiędzy prawem do intymności autora a prawem czytelnika do recepcji dzieła poprzez odniesienia do samego sprawcy.
Po śmierci Adama Mickiewicza, syn Władysław skrupulatnie "wyczyścił" dostępne mu archiwa domowe, aby żaden pyłek nie skaził posągowej sylwetki Mistrza. Nie wziął pod uwagę, że osoba publiczna zostawia za sobą długie cienie, które stają się kontrapunktem w życiu innych ludzi, i że ze skrawków ich wspomnień, listów, pieczołowicie będzie się odtwarzać "prawdziwy" obraz twórcy.
Zgadzam się stokrotnie ze Stasiukiem - osoba publiczna, już przez sam fakt istnienia w przestrzeni publicznej, prowokuje i będzie prowokowała do podejmowania prób dotarcia do jedynej "prawdy". Kapuściński musiał mieć tego świadomość. Obawiał się penetracji w życiorysie. Mogło to wynikać z faktu, że był nie tylko autorem ale również bohaterem swoich książek i literacka kreacja musiała się nakładać na jego życie prywatne. Obawa przed demistyfikacją mogła budzić lęk.
Książka Domosławskiego w sposób niezmiernie delikatny przedstawia czytelnikowi człowieka - bohatera swoich czasów - uwikłanego w młodzieńcze wybory, ideologię, człowieka, który chciał żyć i postępować w zgodzie z własnym sumieniem. Gdy okazało się, że dotychczasowe wybory okazały się błędem, musiał przestawić zwrotnicę i zweryfikować oceny. Ale czy ucierpiało, bądź ucierpi w przyszłości, jego dzieło? Nie! Może tylko czytelnikowi łatwiej będzie zrozumieć emocjonalne zaangażowanie i przyjęty przez Kapuścińskiego punkt widzenia, ujawniany przez narratora i bohatera jego książek.