Największym zagrożeniem książki "Kapuściński non fiction" (niezamierzonym, jak sądzę przez autora), jest to, iż wprowadzi ona (a raczej szum wokół niej wywołany), w błąd wielu, którzy wybiórczo zaznajomili się z twórczością Kapuścińskiego, bądź nie znają jej wcale. Jadąc kiedyś busem do Krakowa, przyznam się, podsłuchałem fragment rozmowy dwóch studentów. Zapytany przez kolegę, czemu nie czytał jeszcze nic Kapuścińskiego, student odpowiedział: "Bo to Czerwony był".
Konfabulował, mitologizował, miał niejasne związki z władzą ludową? Wiele wyjaśnień dotyczących tych kwestii jest domniemaniem Domosławskiego. W mediach zaś (szczególnie telewizji), pewne wyjaśnienia autora biografii, będące też w końcu w większym lub mniejszym stopniu często tylko domniemaniami, przyjmuje się jako gotowe prawdy.
Wymyślił historię z ucieczką ojca z transportu, ażeby ustrzec się przed polowaniem na ludzi kultury, nauki etc., w jakiś sposób uwikłanych we współpracę z "systemem"? Nie wie i wiedzieć nie może Domosławski z całą pewnością skąd się wzięła ta opowieść, jakie motywy kierowały Kapuścińskim.
Powtarzam, jak wcześniej traktowano go jak boga niemalże (gdzież te polemiki publikowane w gazetach, książkach? Jakoś nie pamiętam zbyt licznych), tak teraz nie można z kolei demonizować "maestro" i wszystkie świadome wypaczenia, zmyślenia, przypisywać niskim pobudkom.
Kapuściński wielkim reporterem, pisarzem, autorytetem pozostanie. Nie był synem Zeusa - był człowiekiem i to jedynie mogę mu zarzucić: ludzką, śmiertelną niedoskonałość, liczne wady, przywary, zapewne i kompleksy. Tym bardziej go podziwiam.