http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Siedem grzechów Domosławskiego

Urszula Glensk*
2010-12-30, ostatnia aktualizacja 2010-12-30 18:36

Esej opublikowany w nr 4/2010 "Znaczeń", półrocznika Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego

Artur Domosławski
Artur Domosławski "Kapuściński non-ficiton"
Książka Artura Domosławskiego była długo zapowiadana. Kilka miesięcy przed publikacją rozeszła się wiadomość, że planowany wydawca odstępuje od kontraktu z autorem. Było to zaskakujące, bo oficyna "Znak" dobrze radzi sobie z wydawaniem książek budzących spory i nie obawia się reakcji publiczności. Po ukazaniu się zbioru reportaży "Wściekły pies" Wojciecha Tochmana trudno byłoby uwierzyć, że redaktorzy boją się publikowania tekstów kontrowersyjnych i odważnych obyczajowo. Także publikacja "Strachu" Jana Tomasza Grossa i negatywna reakcja kardynała Dziwisza pokazały, że "Znak", mimo katolickiego rodowodu, ma odwagę drukować książki źle przyjmowane przez kurię . Stawało się jasne, że problem z biografią "Kapuściński non fiction" leży gdzie indziej, co tym bardziej wzmagało zainteresowanie.

Zaciekawienie podsyciły również próby sądowego zablokowania publikacji przez wdowę po pisarzu. Ferment wokół zapowiadanej książki został upubliczniony. Dość przypomnieć, że kiedy krytycy opisywali kończący się rok wydawniczy 2009 i jak zwykle przy takiej okazji określali swoje oczekiwania na przyszłość, niemal jednym głosem wskazywali zapowiadaną biografię. Balony promocyjne zostały wypuszczone z dużą skutecznością na kilka miesięcy przed wydaniem książki. Intrygujące "przecieki" pobudzały wyobraźnię - Alicja Kapuścińska stawia weto wątkom obyczajowym, wydawca boi się publikacji, wszyscy krytycy czekają na wielką biografię pisarza. Równocześnie można było usłyszeć Wojciecha Giełżyńskiego, który orzekł, że Artur Domosławski jest najważniejszym polskim reporterem, choć nie wiadomo było na jakiej podstawie nestor polskiego reportażu wypowiada tak jednoznaczny sąd, bo na tle innych dokumentalistów, autor "Gorączki latynoamerykańskiej" niespecjalnie się wyróżniał.

Niemniej te zapowiedzi miały realny skutek. W ostatnim dwudziestoleciu tylko jedna książka budziła tak duże zainteresowanie zanim jeszcze znalazła się w księgarniach - "Przekroczyć próg nadziei", eseje religijne urzędującego wówczas papieża.

Grzech pierwszy: sprzeczność roli - przyjaciel i wróg

Domosławski już we wstępie eksponuje swoje założenia poznawcze: nie będzie pisał "hagiografii", ani przeprowadzał "procesu beatyfikacji". Nie bardzo wiadomo, skąd założenie, że biografia miałaby być opisem żywota świętego. Nikt tego nie oczekiwał, tym bardziej, że od śmierci Ryszarda Kapuścińskiego upłynęły trzy lata i konwencja nekrologiczna dawno już przestała obowiązywać. Biograf nie musiał się zatem obalać żadnej strategii badawczej. Niemniej deklaracja jest dość ostentacyjna i pewnie dlatego zauważona została przez większość recenzentów.

Nawet tuż po śmierci Kapuścińskiego uładzona stylistyka nie zdominowała badań nad jego twórczością, przynajmniej w poważnych i rozbudowanych analizach. Książki, które ukazały się po roku 2007 w żadnym razie nie pokazują tendencji do budowania piedestałów. Dość wskazać rzetelną materiałowo pracę "Kapuściński. Biografia pisarza" Beaty Nowackiej i Zygmunta Ziątka (Kraków 2008). Drugi współautor wcześniej napisał monografię poświęconą Ksaweremu Pruszyńskiemu i dobrze zna wymogi biografistyki. Badacze zaproponowali faktograficzną książkę o Kapuścińskim - ustalili wiele faktów, usystematyzowali informacje, zakreślili obszary interpretacyjne, wskazali nowe konteksty. Trudno uznać zaproponowaną przez nich biografię za dzieło wyznawcze. Książka znalazła eksponowane miejsce na witrynach księgarskich, ale nie była napisana z myślą o masowym odbiorcy.

Wielogłosowość widoczna jest też w pracy zbiorowej "Ryszard Kapuściński. Portret dziennikarza i myśliciela". Uwadze badaczy nie umknęła socrealistyczna twórczość pisarza. Artykuł Andrzeja Kaliszewskigo wypunktowuje sytuacyjne serwituty poezji Kapuścińskiego:

„świat (...) wierszy jest, zgodnie z doktryną, czarno-biały. Z jednej strony stoją » ludzie bojowi i piękni «natchnieni wizją » kroczącego socjalizmu «, nieustający w wysiłkach współzawodnictwa pracy. Sięgając po proste narzędzia realizmu i poezji opisowej, Kapuściński ukazuje schematycznie stosunki produkcji; są więc utwory na cześć ZMP-owskiego zespołu murarskiego, młodzieżowej brygady traktorzystów, załogi parowozu, pracowników giserni, pionierskiego oddziału górników. (...) Po przeciwnej stronie na codziennym froncie walki o pokój i dobrobyt widać burżuja, podżegacza, kułaka, zachodniego kapitalistę i jego sługusów, którzy np. nocą przebijają w traktorach zbiorniki paliwa” .

Kaliszewski ewidencjonuje doktrynalskie wiersze i nawet jeśli jakaś poetycka żertwa nie została przez niego wydobyta z "Odrodzenia", "Sztandaru Młodych, "Pokolenia", czy "Nowej Wsi" to i tak przywołane cytaty i komentarze dają jasny obraz tego etapu twórczości.

Fałszywe jest przekonanie, że autorzy prac poświęconych Kapuścińskiemu są ślepi na kontrowersyjne elementy jego dzieła. Niczego nie trzeba zatem "odbrązawiać", wbrew temu co głosiła retoryka promocyjna biografii Domosławskiego, chętnie podjęta w publicystyce towarzyszącej. Monografie poświęcone pisarzowi, choć pisane powściągliwym, umiarkowanym językiem, z całym krytycyzmem analizują wszystkie etapy pracy reporterskiej, również te z czasu budowy socjalizmu. Natomiast nie stosują nachalnej retoryki, ani nie stawiają jednoznacznych ocen, raczej zostawiają swobodę interpretacyjną czytelnikom.

O tym, że krytyka nie straciła niezależności osądu, świadczy zimne przyjęcie tomu poetyckiego "Prawa natury". Sława pisarza niewiele pomogła, a recenzenci wybrzydzali z powodu anachroniczności poetyki.

W polu zainteresowania znalazły się również - zdawałoby się - zapomniane książki, które nie były wznawiane i są dostępne w znikomej ilości bibliotek. Myślę o "Czarnych gwiazdach" (1963) i "Gdyby cała Afryka..." (1969). Po przeczytaniu zawartych w nich reportaży nasuwa się pytanie o zmianę, jaka nastąpiła w ocenie cesarza Hajle Sellasje między rokiem 1969 - gdy Kapuściński widział w cesarzu nadzieję Afryki i pisał o nim jako o charyzmatycznym przywódcy - a rokiem 1978, czyli datą wydania "Cesarza", w którym ta sama postać przeistoczyła się w oderwanego od rzeczywistości tyrana.

Czym innym jest stawianie kogoś na cokoły, a czym innym uznanie czyjejś pozycji i świadomość, że twórczość Kapuścińskiego została zweryfikowana również na światowym rynku wydawniczym, co jest nie lada osiągnięciem dla polskojęzycznego pisarza (nawet w najlichszej księgarni w Stanach Zjednoczonych można kupić co najmniej dwa jego tytuły). Nie należy mylić wartościowania z celebrowaniem.

Mógł być też całkiem inny powód deklaracji biografisty, że nie będzie hagiografizował, a mianowicie bliskie relacje, jakie wiązały go z domem Kapuścińskich (był tam, jak twierdzi "dziesiątki razy" ). W ten sposób chciał zamanifesować swój obiektywizm. Bo istotnie można obawiać się braku dystansu, jeśli punktem wyjścia jest osobista znajomość, a nawet przyjaźń.

Z familiarnej relacji wynika dwuznaczność sytuacji badawczej, w jakiej znalazł się Domosławski, choć wybrnął z niej, minoderyjnie przyjmując dwie perspektywy, które wzajemnie sobie przeczą - przyjacielską i demaskatorską.

Autor wielokrotnie podkreśla swoją bliskość z Kapuścińskim, nazywa go przyjacielem albo mistrzem. Tak określona relacja sankcjonuje poziom wtajemniczenia: znałem, widziałem, wiedziałem. Z prywatną wiedzą oczywiście trudno polemizować, ponieważ ma w sobie element autobiografizmu. Ujęciom autobiograficzym można wierzyć lub nie, ale trudno je podważyć, przynajmniej jeśli chodzi o poziom "faktów psychicznych", jak stan odczuć i doznań nazywany bywa przez psychologów. Niewątpliwie przyjacielska relacja ułatwiła Domosławskiemu dostęp do materiałów. Te korzyści nie ograniczyły go, ani nie powstrzymały przed sugerowaniem negatywnych ocen. Przy czym trzeba podkreślić, że pamfletowy charakter "Non-ficton" jest wyraźnie widoczny po przebrnięciu przez całą książkę, może natomiast umknąć, jeśli czyta się jedynie fragmenty. Wówczas trudniej zorientować się, że z pozoru neutralne uwagi w jednym rozdziale, służą jako oskarżenie w następnym.

Domosławski uprawia taki sposób dowodzenia, w którym granice między interpretacją a egzemplifikacją są płynne. Oto przykład:

"w nowej Polsce, po zmianie ustroju, pali mosty z przeszłości (...) Kapuściński wpada na starego towarzysza z partyjno-dyplomatycznej paczki Stanisława Jarząbka. Szeroki uśmiech, serdeczne uściski, kopę lat! Po chwili Jarząbek widzi, że Kapuściński blednie, tężeje, z brata łaty przeistacza się w zimnego nieznajomego - i nagle odchodzi.

- Jego pierwszy odruch był naturalny, przyjacielski, a chwilę potem zorientował się, że popełnił faux pas. Był tam w towarzystwie Bronisława Geremka i kolegów z » Solidarności «, musiał sobie uświadomić, że ja, towarzysz z innej epoki, jestem » trefny «, w tym nowym gronie nie wypada się przyznawać do takich zażyłości. Obserwowałem go potem do końca wieczoru: nie ruszył się na krok od ludzi nowej ekipy, żeby nie wpaść chyba na kogoś ze starych kumpli, których sporo kręciło się na imprezie. To był decydujący moment, w którym zmieniłem o Ryśku zdanie” .

Stwierdzenie Domosławskiego, poprzedzające wypowiedzi informatorów, jest jednoznaczne: Kapuściński "pali mosty z przeszłości", a to nacechowany frazeologizm, sugerujący, że Kapuściński usiłował zatrzeć informacje o sobie. Dowodem jest wrażenie Stanisława Jarząbka, że został źle potraktowany przez kolegę. Zdarzenie miało miejsce w październiku 1989 roku. W Polsce panowała wówczas atmosfera sprzyjająca budowaniu społeczeństwa inkluzywnego, zakładającego, że ludzie starego reżimu włączani są w struktury nowego państwa, a nie ostentacyjnie wykluczani. Salony, przynajmniej pozornie, łączyły się i otwierały, co wymuszała sytuacja. Ponadto strategia ukrywania dawnych relacji nie miałaby sensu, bo i tak środowisko należało do doskonale zorientowanych we wzajemnych koneksjach. Ówczesna pozycja Kapuścińskiego, była już na tyle ugruntowana, że nie musiał podkreślać swojej przynależności gestami towarzyskimi. Poza tym Jarząbek sam twierdzi, że został przyjacielsko przywitany. Być może rozmowa w alternatywnym gronie była ciekawsza i więcej mówiąca o przyszłości i to właśnie decydowało o wyborze miejsca dyskusji. Odczucie Jarząbka mogło wynikać po prostu z jego osobistej niepewności. Według identycznego schematu Domosławski komentuje stosunek pisarza do kolegów z dawnych redakcji. Uznaje, że dystansowanie się miało podłoże koniunkturalne. Przeczy temu zdjęcie zamieszczone w samej książce, zrobione w 2006 roku z okazji jakiegoś wieczornego spotkania. Uśmiechnięty Kapuściński właśnie obok starych kolegów, w towarzystwie "starej gwardii", której unikał.

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1