Kilka lat temu zapytałem Beatę Stasińską, szefową wydawnictwa W.A.B., jakich książek najbardziej brakuje na polskim rynku wydawniczym. - Biograficznych - odparła bez wahania.
Zaiste. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na bohaterów polskiego życia publicznego przez pryzmat kłopotliwych szczegółów w ich życiorysie: Bił żonę? Rozwiódł się? Ćpa? Należał do partii? Jego brat był stalinowskim sędzią? Jeździł po pijaku? Donosił?
Tabloidyzacja debaty publicznej doprowadziła do absolutyzacji słabości. Choć dużą rolę odgrywa tu prasa kolorowa, to wielki wpływ wywarła psychoza lustracyjna, za sprawą której każde nowe odkrycie teczkowe urastało do rangi wiekopomnego i nabierało mocy wyroku. Oczywiście - potępiającego.
Dobra rzecz, która nam została po rządach PiS, to rozładowanie tego moralizatorskiego napięcia. Gdy opadną emocje, nagłośnienie faktu współpracy iksa czy igreka prowadzi bowiem do kolejnych pytań: Czy komuś faktycznie zaszkodził? Jak to się ma do całokształtu jego biografii? Czy mógł tego uniknąć, by coś osiągnąć lub zwyczajnie przetrwać?
Karły, giganci i tłuszcza
Książka Artura Domosławskiego trafia w dobry czas. Kiedy już wywleczono teczki na światło dzienne, chcemy zrozumieć, co tak naprawdę znaczy ich język. Łakniemy kontekstu. To dlatego powstają ostatnio takie filmy, jak "Różyczka" czy "Rewers", w których bohaterowie mierzą się z tajną służbą PRL.
Myślę, że to dobra pora na publikowanie sylwetek osób, które kształtowały najnowsze dzieje. Dobra biografia ukazuje wszystkie wady - niczym rzymska rzeźba, ale jednocześnie sprzeciwia się tabloidyzacji. Każe nam spojrzeć na portret całościowo, od stóp do głów. Pryszcze na nosie czy nadęty bandzioch stają się dopełnieniem błysku w oku, ciepłego uśmiechu, gustownej pozy. Taki właśnie jest Kapuściński w biografii Domosławskiego.
Ta książka - mam nadzieję - otworzy nowy rozdział w polskiej biografistyce. Środowiska prawicowe, rozliczeniowe, próbują nam narzucać jednostronny obraz rzeczywistości PRL. Przedstawiają tę epokę jako czas nieugiętych bohaterów w rodzaju rotmistrza Witolda Pileckiego, ks. Jerzego Popiełuszki czy Stanisława Pyjasa, oraz karłów, którzy poszli na taką lub inną współpracę z reżimem lub z jego likwidatorami, bankietującymi wesoło w Magdalence.
W takim obrazie polskiej rzeczywistości mieszczą się tylko kanalie i herosi. Zwykli ludzie - z krwi i kości - mogą tu pełnić najwyżej rolę statystów, tła, względnie uświadomionej masy, która oskarżycielsko wytyka łotrów palcami.
Nic dziwnego, że kiedy na jaw wypłynął fakt współpracy Kapuścińskiego, niektórzy próbowali go zaszeregować do grupy kanalii, które przehandlowały sumienie za rozmaite profity, w tym przypadku - przywilej rozbijania się po III świecie. I teraz, przy okazji publikacji książki, te oskarżenia się powtarzają.
Jednocześnie inni stają w obronie reportera, atakując samą książkę i podważając prawo do biograficznych dociekań, co trafnie wykpił w "Rzeczpospolitej" Bronisław Wildstein.
Książka "Kapuściński. Non-fiction" broni się jednak sama. Hałas wrogich obozów wybrzmi, a czytelnicy będą do niej wracać, nie tylko po to, by poznać legendarnego reportera, ale także by zrozumieć epokę, w której przyszło mu żyć. Najwięcej nauki wyniosą z niej jednak adepci dziennikarstwa, które dziś - pomimo ogromnego rozwoju narzędzi komunikacji i dokumentacji - ciągle boryka się z problemem koloryzowania, "szycia" uatrakcyjnionych tematów i newsów, które mają nakarmić wiecznie głodnego Molocha rynku.
Kawa na ławę
"Kapuściński. Non-fiction" to książka do dochodzeniu do prawdy. Do prawdy o trzecim świecie, o innym czasie, innych kulturach, o mechanizmach władzy. Prawdy o samym sobie. I o swoich mistrzach, nauczycielach.
Z pracy Domosławskiego przebija coś na kształt freudowskiego kompleksu Edypa, jakże charakterystycznego dla zachodniej kultury. W tej tradycji przedostatnim etapem drogi ucznia jest zakwestionowanie autorytetu mistrza, duchowego "ojca". Wytknięcie jego błędów, obnażenie niedociągnięć. Etap ostatni jest próbą zrozumienia.
Domosławski, który podkreślał wielokrotnie, iż Kapuściński był jego mistrzem, kończy swój termin w mistrzowski sposób. Nie unika trudnych pytań, ale koncentruje na nich swoją pracę. Zanurza się w ciemne karty biografii mistrza i powraca stamtąd dopiero po namacaniu jakiegoś konkretu, wskazówki. Nie osądza. Chce zrozumieć.
Uwypukla wątki, które w Polsce AD 2010 mogą mieć posmak sensacji rodem z tabloidu: Dlaczego Kapuściński uwierzył w marksizm i wstąpił do PZPR? Czy wiedział o tym, co się wyrabia w ubeckich katowniach? Jak współpracował z bezpieką? Czy zdradzał żonę? Jakim był ojcem? Dlaczego konfabulował w swoich reportażach?
Jak sądzę, w czasach wszech-jawności, w których każda znana postać staje się automatycznie celebrytą, nie można inaczej napisać dobrej biografii. Trzeba wyłożyć kawę na ławę. Ale Domosławski robi to ostrożne, stara nie przekroczyć linii oddzielającej dociekanie prawdy od pogoni za sensacją.
Błędów nie udaje mu się uniknąć. To kwestia potraktowania Alicji Kapuścińskiej. Biograf - jak twierdzi, z pomocą swego pierwszego wydawcy - manipuluje wdową, nie wyprowadza jej z przekonania, iż interesuje go tylko wielkość Kapuścińskiego. Gdyby przyznał, że w równym stopniu pociąga go małość, zapewne nie dotarłby do wszystkich materiałów. Wybiera mniejsze zło, które - mimo wszystko - pozostaje złem.
Mistrz też tak czasem postępował.
Bomba pod szkołę polską
Jako dziennikarza, najbardziej interesują mnie tajniki warsztatu Kapuścińskiego, a w szczególności - jego konfabulacje. Ileż to się słyszało środowiskowych plotek o pracy kolegów... Ten przepisał, tamten upiększył, jeszcze inny - zełgał.
Pod tym względem książka Domosławskiego ma przełomowy, oczyszczający charakter. Przypomina, że upiększanie, naginanie rzeczywistości i kłamstwo, zawsze pozostają czymś nagannym. Dziennikarz nie jest od tego, by poprawiać bądź wykoślawiać rzeczywistość. Nie jest od tego by budować legendę, ale obraz prawdziwy.
Adam Leszczyński słusznie napisał w "Gazecie Wyborczej", że "Non-fiction" to bomba podłożona pod polską szkołę reportażu. I przy okazji wyznał swój mały grzeszek, popełniony przy pisaniu reportażu w Wenezueli - dwie noce opisał tam jako jedną.
Dobra biografia nie tylko pomaga zrozumieć. Czyni zachętę, byśmy sami stawali się lepsi. A Ryszard Kapuściński był jednym z najlepszych reporterów. A jakim był człowiekiem? Sympatycznym, ale nie bez wad. Nietuzinkowym, ale normalnym.
Kreśląc portret człowieka z krwi i kości, który wiele poświęcił dla pisania, Domosławski pokazuje, że można być jeszcze lepszym.