Niedobrze jest podziwiać ludzi za to, że są doskonali, bo jeśli okaże się, że mają wady czy plamy na życiorysie - a zawsze mają - nasza wiara musi lec w gruzach. Lepiej podziwiać idoli za niezwykłe rzeczy, które czynią POMIMO że są najzupełniej zwykłymi istotami. (Cllayborn Carson **)
Człowiek na ogół działa zgodnie ze swoją naturą: inaczej reaguje świat jeśli ma cechy egoisty (co niekoniecznie jest określeniem pejoratywnym), inaczej gdy altruisty (co wcale nie wpisuje go automatycznie na listę świętych); może być całkowicie obojętny na ludzi i wydarzenia (aspołeczny) lub przeciwnie - charakteryzuje go empatyczne podejście do rzeczywistości. Ryszard Kapuściński miał naturę empatyczną. Myślę, że jego biograf Artur Domosławski ma podobną. O Kapuścińskim to wiedziałam. O Domosławskim - założyłam przystępując do czytania jego książki "Kapuściński. Non - fiction", był jego uczniem i przyjacielem.
Bardzo wiele zależy od intencji, z którą przystępujemy: raz - do czytania książek Kapuścińskiego, dwa - do jego biografii w wersji obowiązującej, choć znamy fakty, o których z różnych powodów przez lata głośno się nie mówiło, trzy - do czytania biografii Mistrza pióra Domosławskiego i w końcu - po jej przeczytaniu - do dekonstrukcji obrazu bohatera i jego rekonstrukcji w oparciu o nowo pozyskaną wiedzę.
Po książkę sięgnęłam zaraz po pierwszych gorących reakcjach na nią (Marka Beylina, Adama Leszczyńskiego i Martina Pollacka, który oświadczył, że jej nie przetłumaczy), a jeszcze przed komentarzami Zygmunta Baumana, Andrzeja Stasiuka i ks. Adama Bonieckiego. Czytałam w pociągu - 4 marca - i nie mogłam oderwać się od tekstu; zaznaczałam ważne miejsca żółtymi karteczkami. Skończyłam następnego dnia, cały czas w trakcie
lektury wypisując istotne fragmenty, notując własne refleksje.
Do książki zabierałam się z takim oto nastawieniem: po pierwsze - ogromnie lubię i cenię pisarstwo Kapuścińskiego; czytając zawsze zakładałam jego profesjonalizm, a równolegle miałam świadomość niekoniecznie tautologicznej precyzji (bo taka nie jest możliwa; mam dodatkowo w pamięci wieloletni spór o prawdę w fotografii) i uogólnień; po drugie - cieszyłam się na tę biografię: znając różne uwikłania bohatera: chciałam poznać tło takich, a nie innych jego życiowych decyzji, może uzyskać wyjaśnienia (nigdy za nic go nie potępiałam - rozumiałam, zachowywałam empatię). Dalej, skoro założyłam, że Domosławski pisze o przyjacielu (a to słowo oznacza zupełnie coś innego niż pochlebca) i jako takiemu zaufałem, przygotowana byłam na to, że może"ciąć ostro" (kobieta podobno zawsze gdzieś z tyłu głowy powinna mieć zdanie: kiedy przyjaciółka mówi ci, że ślicznie wyglądasz, to znaczy, że już najwyższy czas, by o siebie zadbać); czytałam z życzliwością - bo takimi uczuciami darzyłam Kapuścińskiego i z tym samym sięgałam po książkę o nim.
Jednym słowem; byłam pozytywnie "nakręcona".
W wyniku lektury postać Kapuścińskiego zbudowałam / odbudowałam na nowo: tego samego puzzla ułożyłam z dużo większej ilości elementów. Jego obraz jest teraz bardziej wyrazisty, pełniejszy. I równie wspaniały. Niektóre książki, przestawię - być może - na inną półkę, niektóre wydają mi się jeszcze lepsze; kilka uważałam za słabsze (znalazłam też potwierdzenie, że miałam rację nie zachwycając się np. wszystkimi "Lapidariami"), ale są równie ważne.
Cieszę się, że Kapuściński był i pozostanie kolejnym, podziwianym na świecie, wielkim Polakiem- nie świętym, a człowiekiem z krwi i kości: po ludzku dobrym i mądrym, silnym i posiadającym słabości. Znając siebie - z tej perspektywy - nikogo nie potępiał, każdego i wszystko starał się zrozumieć, wytłumaczyć.
Dzięki temu wiem, że rozumiał co pisze.
Absolutnie nie mam wrażenia, że Domosławski "tropi", "węszy", "denuncjuje", "szpieguje" itp. Według mnie był i pozostał dobrym przyjacielem: z życzliwością podchodzi do wad i błędów Kapuścińskiego, rozumie uwarunkowania - choć jest dużo młodszy i zna je tylko z pośrednich przekazów. Jest na ogół po stronie Mistrza - nie potępia, a szuka wytłumaczenia - nawet wtedy, gdy nie do końca rozumie, czy aprobuje jego wybory. Zaskakiwany nieznanymi faktami jest - po pierwsze - na takie odkrycia przygotowany, po drugie - nie zawierza tylko swojemu wrażeniu, tylko posiłkuje się wiedzą i intuicjami innych (tę metodę stosuje też w przypadku faktów dobrze sobie znanych); zamiast kategorycznie odpowiadać forsując swoja wersję - zadaje pytania. Generalnie jest ŻYCZLIWIE otwarty na wszystko, czego spodziewa się - lub nie - dowiedzieć.
******
Jeśli przystępuje się do lektury "Kapuściński. Non - fiction" bez życzliwości wobec jej autora i bez zrozumienia trudności zadania, jakiego się podjął, to odczytanie jego intencji może być diametralnie różne od mojego.
Domosławski założył sobie "operacje bez znieczulenia" - nie chciał pisać na klęczkach, zrobił wszystko, by nie zostać hagiografem swojego przyjaciela i Mistrza. Czy wyczerpał temat? Ależ skąd! Zaledwie uchylił drzwi, przez szparę których tylko podglądnęliśmy Kapuścińskiego - człowieka, pisarza. Za jakiś czas ktoś następny otworzy je szerzej i wydobędzie jakieś inne, ważne informacje o nim i jego twórczości. W tych drzwiach Kapuściński zawsze będzie stał z podniesioną głową - jednak dalej nie bez tajemnic - bo przecież żadne z "odkryć" nie umniejszy jego dzieła. A że niektóre z jego książek przestawimy - być może - na inną półkę, to doprawdy nie ma żadnego znaczenia.
Pewnie szkoda, że autor sam nie uporządkował swojego dorobku, zwłaszcza pozycji stricte reporterskich. Może zwyczajnie nie zdążył? Może nie przykładał do tego wielkiej wagi - sprawy mniej ważne zazwyczaj odkładamy na potem (a skala ważności jest zawsze bardzo subiektywna).
Skoro nie zrobił tego autor, to rzetelny biograf, a do tego przyjaciel, który zbierając materiały natrafił na pewne nieścisłości rzucające nowe światło na twórczość swojego bohatera, wydaje się być osobą jak najbardziej odpowiednią.
******
Oburzanie się na biografa w przypadku Artura Domosławskiego nie ma sensu - nie przystępował do pisania w celu udowodnienia tezy o konfabulacjach Kapuścińskiego, o jego manipulacjach czytelnikami (mówił o tym już wielokrotnie i ja mu wierzę); nierzadko zaskakuje go pozyskiwana wiedza, często nie bardzo wie, co z nią począć.
Ale mimo to konsekwentnie pracuje, nie lęka się (choć na pewno - to się czuje - dopadają go wątpliwości): od początku do końca bierze na siebie odpowiedzialność za efekt przedsięwzięcia.
Czytając opinie na temat książki natrafiłam na krytykę Izabeli Wojciechowskiej, opiekunki fotograficznego archiwum Ryszarda Kapuścińskiego. W jej tekście natrafiam na zarzut, że Domosławski pominął w biografii fakt, iż Kapuściński był fotografem. I więcej: bezprawnie posłużył się "fotograficznym" zabiegiem konstrukcyjnym, choć nie rozumie języka fotografii.
Wojciechowska podaje takie oto dowody ignorancji. Pierwszy przykład: fotografia opisana na stronie 19, którą autor zidentyfikował jako Pińsk, przedstawia ulicę w Przemyślu. Komentarz autorki: "To nawet zabawna pomyłka, wiele jednak mówiąca o rzetelności autora. Drugi dowód, to fotografia jego [A.D.] autorstwa, którą znaleźć możemy na ostatniej stronie drugiej wkładki ze zdjęciami zamieszczonymi w książce.. Przedstawia ona sfotografowany przez Domosławskiego gabinet pisarza z biurkiem w roli głównej. Tak nie wygląda biurko Pana Ryszarda. Artur Domosławski zmienił jego wygląd dostawiając własnoręcznie globus, który ma swoje miejsce na antresoli. Ta fotografia to już nie dokument bliski reportażyście, to kreacja. Jej autor nawet nie wie, co ten globus znaczy, jaką jest pamiątką. Ryszard Kapuściński otrzymał go w Lublinie, w 2003 roku, odbierając Nagrodę Wschodniej Fundacji Kultury "Akcent". Mamy tu do czynienia z konfabulacją fotograficzną, jak z epoki PRL-u, przypominającą malowanie trawnika, by zieleń była soczystsza".