Przy pisaniu biografii nie uda nam się uciec przed biologią, a ściślej mówiąc przed biologią ludzkiego mózgu. Bowiem wszelkie informacje zgromadzone na podstawie wspomnień uległy na przestrzeni lat serii zniekształceń wynikających ze sposobu funkcjonowania pamięci wielu osób. Wybitna francuska pisarka Marguerite Yourcenar nazwała te dryfujące wspomnienia "murami, które uległy zawaleniu oraz zacienionymi powierzchniami.” Autorka Pamiętników Hadriana, sławnej książki o życiu rzymskiego cesarza, stwierdziła: "O życiu mojego ojca wiem o wiele mniej niż o życiu cesarza Hadriana.” A wspomina o tym biografka Yourcenar, Josyane Savigneau, we wstępie do swojej ponad 500-stronicowej biografii, która powstała trzy lata po śmierci pisarki. Według Savigneau nie jest jeszcze możliwe dokonanie właściwej interpretacji dokumentów w celu podtrzymania bądź obalenia takich czy innych hipotez. Wniosek: im odleglejsza perspektywa czasowa tym lepiej dla biografii.
Nie wydaje się być dobrym rozwiązaniem zlecenie napisania poważnej biografii wybitnego pisarza osobie, która uważana jest (bądź sama się uważa!) za przyjaciela i utalentowanego ucznia pisarza. Dla przyjaciela-biografa niemożliwym jest nabranie nieodzownego emocjonalnego dystansu do podmiotu swojej książki.
Jeszcze przed ukazaniem się Kapuściński non-fiction książkę Domosławskiego ogłoszono poważnie potraktowaną biografią. Ale ona z natury rzeczy takową być nie mogła, więc tak naprawdę już od samego początku przedsięwzięcie Domosławskiego było skazane na klęskę. Artur Domosławski dał się jednak uwieść swoim wielkim ambicjom i nieprzejrzystym emocjom: "podjął ryzyko napisania prawdy”. Chciał bowiem "przedstawić prawdziwą historię człowieka uwikłanego”, chciał "napisać o Ryśku książkę prawdziwą”. Jakże złudny i nieprzemyślany cel. Mission impossible!
Domosławski napisał prawdziwą książkę-sensację. W rozdziale "Podziękowania" autor dziękuje między innymi swojemu coachowi (Gosia, żona Domosławskiego), który "zagrzewał go do dalszej gry" oraz swojemu wydawcy (Paweł Szwed, Świat Książki), który "stworzył zupełnie wyjątkową atmosferę pracy nad wydaniem książki. Przywrócił mi wiarę w to, że wydawca i autor mają wspólny cel, i że mogą żyć w przyjaźni". Jaki był cel tej wspólnej przyjacielskiej gry? Oto jest pytanie! Domosławski dziękuje także wielu osobom, które przeczytały całą książkę lub jej fragmenty, choć niestety nie jest jasne, kto co przeczytał. Ciekawe, czy osoby, które czytały tylko niektóre fragmenty nadal aprobują książką po zapoznaniu się z jej całością? Ale Domosławski i tak nie jest zainteresowany ich odpowiedzią. Już na pierwszych stronach swojej książki w sprytnie zawoalowanym stylu zadbał o alibi: "W jakimś stopniu wszyscy moi rozmówcy są współautorami tej książki, nawet jeśli nie zgodzą się z jej efektem finalnym lub jego fragmentami." I tu nurtują mnie kolejne pytania: czy wybitny socjolog profesor Zygmunt Bauman, który we wstępie nazwał publikację Domosławskiego "wielką książką", przeczytał całą książkę czy tylko niektóre jej fragmenty? A jeżeli zapoznał się z całością dopiero po ostrych reakcjach jakie ta książka wywołała, czy nie zmienił jednak swojego zdania i nadal akceptuje warsztat metodologiczny i językowy, którymi posłużył się autor biografii "Wielkiego Człowieka"? Ja wątpliwości nie mam: metodologia gromadzenia, analizowania i interpretacji materiałów oraz język i ton narracji dyskwalifikują publikację Domosławskiego do ochrzczenia jej mianem "wielkiej książki".
Szczerze mówiąc, byłam niemile zaskoczona wypowiedziami niektórych cenionych publicystów, iż książka Domosławskiego jest napisana z wielką kompetencją, ogromną rzetelnością, jest sprawiedliwa i życzliwa wobec bohatera (Daniel Passent), że książka jest uczciwa (Tomasz Lis), że autor starannie weryfikował swoje podejrzenia i odkrycia (Piotr Bratkowski), że dotychczas żaden polski dziennikarz nie potraktował współczesnego bohatera tak pieczołowicie (Jacek Żakowski). Mnie się natomiast wydaje, że to właśnie brak rzetelności jest najgorszym grzechem Domosławskiego. Jeśli dodać do tego stosowaną przez autora taktykę polegającą na wzbudzaniu podejrzeń, stawianiu sugestywnych pytań i chwiejnych hipotez, formułowaniu insynuacji, wyciągania wniosków na siłę i wbijaniu szpilek, to w moim przekonaniu reputacji książki Domosławskiego nic nie zdoła uratować. Czy chwyty poniżej pasa (chociażby bezwzględne i bezprawne wtargnięcie przez Domosławskiego w sferę osobistą pisarza i jego rodziny) mają służyć za przykład uczciwego poszukiwania "prawdziwej" sylwetki Ryszarda Kapuścińskiego, jego "uczłowieczonego" portretu? Obalacz pomników wstąpił na barykady i woła: "Le roi est mort, vive le roi!"
Domosławski utrzymuje, iż napisał książkę z wielką empatią dla swojego przyjaciela i mistrza. W tych zapewnieniach wyczuwam raczej mieszankę działania prewencyjnego i sporej dozy ironii. I im więcej tych zapewnień, tym stają się one mniej wiarygodne.
Otóż już na pierwszych stronach biografii Domosławski obnaża do bólu swoje "jądro ciemności": kocha polować! Jego pierwszą ofiarą stał się uśmiech Pana Ryszarda. Cały ten wywód o uśmiechu czyta się z rosnącym niesmakiem. Więcej: ten wstęp zakrawa na kpinę. Roi się tu od sugestii: to "uśmiech obronny, otwierający drogę do odwrotu", "uśmiech był maską". Kolejne ofiary to skromność i życzliwość. Autor dzieli się swoimi wątpliwościami z anonimową starą przyjaciółką Kapuścińskiego zadając jej pytanie, na które sam odpowiada: "Bo gdy ktoś ma taki sam uśmiech dla wszystkich, to nie może to być sama życzliwość; musi być w tym coś jeszcze, nie sądzi pani?" Jasne, coś w tym musi być! Jakiś spisek? Naturalnie, Kapuściński spiskuje z samym sobą! Bowiem za tym uśmiechem i życzliwością kryją się liczne sekrety - zdradza jeden z anonimowych najbliższych przyjaciół pisarza - sekrety osobiste, polityczne, pisarskie. A cóż to za eureka? Każdy człowiek je ma, bo jest to po prostu cecha ewolucyjnie korzystna. Jak wynika z badań naukowych ludzie zatajają istotne informacje nawet przed swoimi psychoterapeutami w 40 - 60 procentach przypadków.
Wracamy do wspomnień przyjaciela: Kapuściński "był czymś przygnębiony. Widziałem to w jego spojrzeniu, kroku; ten uśmiech, ta miękkość, to sprawianie wrażenia, że wszystkich się lubi i słucha, nawet gdy opowiadają głupstwa.” No i jaki mamy wyciągnąć wniosek z tych sugestywnych spostrzeżeń tak zwanego najbliższego przyjaciela? Czy Kapuściński robił źle? Czy miał plecącemu głupstwa powiedzieć, że bredzi i wyprosić go z mieszkania? Domosławski zwierza się, iż przez dziewięć lat "intensywnie gadał” ze swoim mistrzem w jego "królestwie na poddaszu”. Gadali sporo o ludziach: "maestro Kapuściński uwielbiał plotkować.” No i stało się, Domosławski zdradził nam sekrecik Kapuścińskiego. Choć jak autor sam wspomniał na poprzedniej stronie, opierając się rzecz jasna na relacjach bliskich przyjaciół pisarza, Kapuściński głównie słuchał i milczał. Za to jedno jest pewne: to Domosławski uwielbia plotki i niedopowiedziane historie! Widać to wyraźnie, gdy z uwagą wsłuchuje się w opowieść przyjaciółki Kapuścińskiego, niegdyś w nim zakochanej, i która teraz otwiera swe serce przez Domosławskim: "Bez obaw. Wiele mu zawdzięczam, ale nie biorę udziału w 'procesie beatyfikacji'”. Po czym oboje uśmiechają się i poddają analizie swoją przyjaźń z mistrzem. I słusznie. Z tym, że Domosławski powinien dokonać szczerej i głębokiej analizy swojej relacji z Kapuścińskim zanim jeszcze podjął decyzję napisania jego biografii. Niestety, w tej książce jest zbyt wiele nieścisłości, plotek, niedomówień, sugerowanych nielogicznych wniosków, półprawd i nie do końca zweryfikowanych faktów, uwag podszytych ironią a czasem wręcz drwiną, by można ją było uznać za pozycję udaną, o wielkiej nie mówiąc. W sumie książka Domosławskiego mówi wiele o nim samym. Ale mówi też sporo o gatunku homo sapiens i jego nieznośnej lekkości bytu.
Mleko oczywiście błyskawicznie się rozlało po tym jak do akcji wkroczyli zatrudnieni w mediach profesjonalni myśliwi. Zanim jeszcze książka Kapuściński non-fiction pokazała się w księgarniach powstał wielki szum, który momentalnie zwęszyli wszelkiej maści zagraniczni korespondenci. To zaś co oni wyprodukowali na bazie wiadomości zaczerpniętych z polskich gazet oraz rozmów z Domosławskim (bo biografii oczywiście sami nie czytali) jest kolejnym dowodem na nieznośną lekkość bytu mediów. Ich zachowanie było niejednokrotnie przedmiotem krytycznej analizy Kapuścińskiego. Teraz te media dopadły jego samego. No cóż, dla okonków to nie lada gratka, gdy uda im się upolować okonia-olbrzyma: Darwinowskie survival of the fittest nie omija świata mediów.
W prasie holenderskiej i belgijskiej na pierwszy ogień poszły konfabulacje Kapuścińskiego o jego rzekomej przyjaźni z Che Guevarą i Patrice'em Lumumbą. W poważnej holenderskiej gazecie NRC Handelsblad już na samym początku swojej korespondencji redaktor melduje: jak wynika z książki Domosławskiego Kapuściński nigdy osobiście nie spotkał Lumumby ani nie towarzyszył Che Guevarze w jego niebezpiecznych misjach; te i inne tak zwane fakty były jedynie produktem fantazji reportera! Oto do czego doprowadził produkt Domosławskiego, a szczególnie rozdział zatytułowany "Legendy (3): Che, Lumumba, Allende." W moim odczuciu jest to jedna wielka insynuacja, na podstawie której zagraniczne media rozpoczęły zabawę w głuchy telefon. Rezultat? Wielki reporter jest kłamcą, fantastą, pisał o tym, czego świadkiem być nie mógł, uwodził świat swoimi zmyśleniami.
A przecież Domosławski sam najpierw nadmienia, iż legenda o przyjaźni z wyżej wspomnianymi bohaterami powstała za sprawą noty na okładce angielskiego wydania Wojny Futbolowej (wydawnictwo Granta Books): "Przyjaźnił się z Che Guevarą w Boliwii, z Salwadorem Allende w Chile i Patrice'em Lumumbą w Kongu”. Potem dowodzi, iż Kapuściński nigdy nigdzie nie napisał, ani nawet nie sugerował, że kiedykolwiek spotkał osobiście Che czy Lumumbę. A więc o co chodzi? To co napisał brytyjski wydawca na okładce było ewidentną bzdurą - tekst na nocie jest wyssany z palca, napisał go widocznie ktoś nieznający ani książek Kapuścińskiego ani jego życiorysu. Wydawca ponosi wszelką odpowiedzialność za całe to zamieszanie - koniec, kropka. A tu raptem Domosławski zaczyna polować sugerując, iż jego mistrz udziela mu mętnych odpowiedzi na pytania o Chile i Meksyk (chodziło o fakty sprzed ponad trzydziestu lat.) I okrężną drogą dochodzi do kolejnej insynuacji: pisarz "mógł wspomnieć angielskiemu wydawcy, że przeszedł szlakiem Guevary w Boliwii, ten tymczasem zrozumiał, że poszedł tym szlakiem RAZEM z Che.” Ale przecież to tylko jeszcze jeden dowód na niekompetentność wydawcy! Domosławski pisze dalej, nie zdając sobie sprawy, że wpada we własną pułapkę: "Mitotwórcza 'metoda' polegała na sugerowaniu, stwarzaniu przeświadczeń w umysłach odbiorców. [ ] Dopowiadali inni. Dopowiadaliśmy ”. Chapeau bas! Domosławski nie przestaje szukać dziury w całym. Otóż biograf Che Guevary zwierza mu się, iż zapytał kiedyś Kapuścińskiego o tę jego przyjaźń z Che. Kapuściński odpowiedział przytomnie, że to nieprawda, że to błąd wydawcy. Koniec sprawy. Nie koniec, bo Kapuściński tego błędu nie skorygował! Błąd został powielony między innymi przez "Le Monde Diplomatique”, "The Independent” i "Vanity Fair”. I znowu wpada Domosławski w swoje własne sidła: "Czy o znajomości z Che mówił im w czasie wywiadów sam Kapuściński? Może "tylko” nie zaprzeczał?” Dopowiem: może to raczej rozmówcy Kapuścińskiego przyczynili się do powielania mitów, by lepiej sprzedawały się ich pisma? Czyli: wydawca popełnił fatalny błąd, ale nigdy błędu nie poprawił. Chodzi tu zresztą tylko o kilka brytyjskich wydań Wojny Futbolowej (Granta Books) oraz pierwsze brytyjskie (Allen Lane The Penguin Press) i amerykańskie (Alfred A. Knopf) wydanie Hebanu. Innych angielskich wydań tych książek jest zresztą o wiele więcej. Żaden znany pisarz nie jest w stanie sprawdzić i skorygować wszystkich tekstów na okładkach setek zagranicznych wydań swoich książek. I fakt, że Kapuściński sam tego nie zrobił nie jest żadnym dowodem na to, że konfabulował lub podtrzymywał mit. Kapuściński miał inne sprawy na głowie. Poza tym regularnie miał spotkania autorskie, więc nie mógł się bać, że ktoś kiedyś zada mu publicznie pytanie o Che czy Lumumbę. A co się tyczy wyławiania błędów, to pisarz liczył tu w dużej mierze na pomoc innych. Warto podkreślić, iż zawsze był wdzięczny tłumaczom, którzy zwracali mu uwagę na błędy czy nieścisłości w jego tekstach. Reasumując: Domosławski popełnił wielki błąd robiąc z igły widły, czego konsekwencje widzimy teraz w zagranicznej prasie. Dziwne są ścieżki empatii.
Kolejnym powracającym tematem jest wątek okonia nilowego w Jeziorze Wiktorii. Domosławski posądza swojego mentora o poprawianie rzeczywistości w rozdziale Hebanu o Idi Aminie. Chodzi o scenę na ulicy w Kampali, w której Kapuściński opisuje rybaków cieszących się ze złowionej przez nich grubej ryby: "Była ogromna i tłusta. To jezioro nie znało dawniej takich spasionych, wielkich ryb. A wszyscy wiedzieli, że siepacze Amina od dawna wrzucają do jeziora ciała swoich ofiar. I że żywią się nimi krokodyle i mięsożerne ryby.” Domosławski rozmawia o tym fragmencie z mieszkającym w Kampali brytyjskim dziennikarzem Williamem Pikiem. Ten opowiada mu o wprowadzeniu okonia nilowego do Jeziora Wiktorii, co okazało się fatalne w skutkach dla ekologii jeziora. Ale olbrzym nie upasł się na trupach ofiar Amina, lecz żywił się głównie małymi rybkami, których w jeziorze było pod dostatkiem. Zdaniem Pike'a sugestia Kapuścińskiego to czysta fantazja, choć świetnie pasuje do opowieści pisarza o horrorze dyktatury. Fantazja, tylko czyja: Kapuścińskiego czy Ugandyjczyków? Heban nie jest zbiorem reportaży, lecz książką literacką. Oto co mówi we wstępie do Hebanu z kolekcji Biblioteki Gazety Wyborczej ten sam William Pike, któremu opis sceny w Kampali jakoś wcześniej nie przeszkadzał w ocenie książek Kapuścińskiego: "Dla mnie Heban jest inny niż wszystkie inne książki o Afryce. To najbardziej fantastyczny opis jej nastrojów i mentalnego klimatu” oraz "I tak przez całe lata poznawał tę jego Afrykę, zbierając wiedzę u zwyczajnych ludzi, którzy dla niego byli równie ważni, a niekiedy ważniejsi niż prezydenci i ministrowie.” Tu dochodzimy do sedna sprawy: Kapuściński słuchał zwykłych ludzi i to zapewne od nich usłyszał opowieść o rybie żywiącej się trupami. Gdy Kapuściński odwiedził Ugandę w latach 70. rybakom jeszcze nie tak często udawało się złowić okonia nilowego, stanowił on bowiem niewiele więcej niż 20 procent rybnej biomasy jeziora. Sytuacja zmieniła się radykalnie dopiero dziesięć lat później. Wśród tubylców mogły na temat ryby-monstrum krążyć rozmaite plotki! Właśnie ten specyficzny świat zwyczajnych Afrykańczyków, w którym na co dzień rzeczywistość miesza się z fantazją, opisywał Kapuściński w swoich książkach. A swoją drogą ciekawe, iż do tej pory nikt jeszcze nie wpadł na pomysł połączenia opisanej przez Kapuścińskiego kampalskiej sceny z historią introdukcji okonia nilowego w Jeziora Wiktorii. Zrobił to dopiero teraz Artur Domosławski w rozmowie z brytyjskim dziennikarzem? Muszę przyznać, że mam tu pewne wątpliwości. Dziwnym trafem w drugim tomie Podróży z Ryszardem Kapuścińskim, który ukazał się w maju 2009 roku, można znaleźć moją opowieść o pisarzu i natknąć się w niej na obszerny fragment poświęcony okoniowi nilowemu w Jeziorze Wiktorii. A do tejże opowieści zainspirował mnie dokładnie ten sam cytat z Hebanu! W wymienionych przeze mnie źródłach widnieje książka holenderskiego pisarza-biologa Tijsa Goldschmidta pt. Wymarzone Jezioro Darwina. Dramat w Jeziorze Wiktorii. Gdy ukazał się jej polski przekład w 1999 roku przesłałam go Ryszardowi Kapuścińskiemu. Jeśli Domosławski czytał książkę Goldschmidta, na którą mógł się natknąć w "królestwie na poddaszu”, to powinien był natrafić na następujący fragment, który ostudziłby jego spekulacje na temat bujnej fantazji swojego mistrza: "Okoń nilowy równie dobrze może jeść dagaa, jak i krewetki, nieobcy jest mu także kannibalizm. Często zabija młodociane osobniki swojego gatunku. Nawet te z okoni, które mierzą nie więcej niż dziesięć centymetrów, powszechnie pożerają inne, dwu- czy trzycentymetrowe. Tanzańczycy dostrzegli to bardzo szybko i wielu z nich było przerażonych. Nie chcieli jeść okonia w obawie, że kanibalizm może być zaraźliwy”. Voilá afrykański świat. Tu z mety robi się z igły widły, i ten przedziwny świat przesądów, wierzeń i zmyśleń w fascynujący sposób opisywał Kapuściński. W holenderskich księgarniach jego książki nie leżą na półkach z non-fiction, a Wojna Futbolowa nie była promowana jako zbiór reportaży tylko esejów literackich!
Kolejną kontrowersyjną kwestią jest sprawa domniemanej autocenzury Kapuścińskiego w Szachinszachu. Otóż może to Artura Domosławskiego nieco zaskoczy, ale gwoli rzetelności muszę nadmienić, iż całe to "odkrycie” zaczęło się właśnie od Holandii. W związku z zamiarem wydawnictwa wznowienia wydania Szahinszacha przeglądałam pierwszy przekład niderlandzki tej książki, który ukazał się już w 1986 roku (o tym tłumaczeniu Domosławski w ogóle nie wspomina). Wydanie niderlandzkie nie odbiegało od oryginału, natomiast w amerykańskim odkryłam sporo skrótów. W czerwcu 2009 roku rozmawiałam na ten temat z hiszpańską tłumaczką książek Kapuścińskiego Agatą Orzeszek. Przesłałam jej listę wszystkich brakujących fragmentów (dotyczyły one roli CIA w obaleniu irańskiego premiera Mohammeda Mossadegha), by mogła sprawdzić przekład hiszpański. Kilka tygodni później Agata Orzeszek doszła do wniosku, iż nasze podejrzenia są uzasadnione i chodzi tu o skróty "wynegocjowane” przez wydawnictwo amerykańskie. Dlatego jestem niezmiernie zdziwiona rozmową Domosławskiego z Agatą Orzeszek w formie przedstawionej przez autora (str. 393). I nie mam ochoty dalej dociekać kto, co i jak tu konfabuluje. Istotne jest to, że nieokrojony niderlandzki przekład Szachinszacha mógł tak czy siak bez najmniejszych przeszkód błyskawicznie wylądować na biurku urzędnika CIA w Waszyngtonie. Choć sądzę, że i tak byłby przesyłką spóźnioną, bo polski oryginał leżał tam już od kilku lat. Otóż obalenie irańskiej dyktatury miało miejsce za prezydentury Jimmy Cartera, którego doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego był Zbigniew Brzeziński! To on był autorem nieudanej misji oswobodzenia amerykańskich zakładników przetrzymywanych w amerykańskiej ambasadzie w Teheranie. Brzeziński zna dobrze język polski i niewątpliwie dysponował egzemplarzem Szachinszacha. Czyżby Kapuściński był tak naiwny i nie zdawał sobie z tego sprawy? Hipotezy przedstawione przez Domosławskiego jakoby Kapuściński się bał, iż będzie miał przechlapane w USA i dlatego dopuścił się autocenzury wydają się chybione. To raczej amerykański wydawca wolał się nie narażać, no ale co tak naprawdę może wiedzieć na ten temat redaktorka książki, której zawierza Domosławski? Kto zaś poprosił Kapuścińskiego o usunięcie niektórych fragmentów z Szachinszacha pozostanie na razie tajemnicą. Niewykluczone, że kiedyś pewien młody historyk odkryje w amerykańskich archiwach odpowiedź na to pytanie.
Zakończę tematem, który również podchwyciły niektóre zagraniczne gazety: kwestia Katynia i legendy stworzonej przez Kapuścińskiego wokół jego ojca. Według Domosławskiego to subtelnie zmyślony mit, gdyż "w stronę Katynia trudniej rzucić kamieniem”. A wszystko po to, by utrzymać na dystans natrętnych lustratorów i innych "strasznych facetów”. Przyjaciel Domosławski nie zawahał się rzucić kamieniem w swojego Mistrza. Otóż siostra pisarza Barbara twierdzi, że jej ojciec nie był w sowieckiej niewoli, bo gdyby tak faktycznie było, to ona by o tym wiedziała. Ale pani Barbara sama stwierdziła, iż wielu rzeczy z tego okresu zupełnie nie pamięta. Jasne, bo w 1939 roku miała zaledwie sześć lat. Ale Domosławski wolał o tym zapomnieć. W domowym archiwum Kapuścińskiego znalazł zaś jeszcze jeden atut na niekorzyść pisarza: list jego stryja, Mariana Kapuścińskiego. Ma z niego wynikać, iż wersja siostry Barbary jest prawdziwa. Problem w tym, iż na podstawie zawartości listu przedstawionej przez Domosławskiego wniosku tego wyciągnąć nie sposób. List potwierdza wersję Kapuścińskiego, którą znamy z opowieści o jego wojennych losach pt. Ćwiczenia pamięci . W 1985 roku Kapuściński pisze: "Ojciec był na froncie, dostał się do niewoli, uciekł z niewoli i uczy dzieci w wiejskiej szkółce.” W cytacie z Imperium (1993) pisarz powtarza tę wersję i wspomina o ojcu: "Z tego, co mówi mamie, rozumiem, że dostał się do niewoli sowieckiej i że pędzili ich na wschód. Mówi, że uciekł, kiedy szli kolumną przez las, i w jakiejś wiosce zamienił z chłopem mundur na koszulę i łapcie.” No i wszystko się zgadza: chłop z Imperium symbolizuje stryja Mariana! I to, co stało się z ojcem Kapuścińskiego, oficerem rezerwy Wojska Polskiego, zgadza się z chronologią historycznych wydarzeń z września 1939 roku. Wkraczające 17 września oddziały Armii Czerwonej zatrzymały kilkanaście tysięcy polskich oficerów. Większość z nich dostała się do sowieckiej niewoli, niektórzy zdołali uciec. Już od 19 września ruszyła budowa licznych obozów jenieckich. Jednym z wielu był obóz w Kozielsku (ok. 250 km na południowy-wschód od Smoleńska), skąd w kwietniu 1940 roku ruszyły transporty do Katynia. Wersja ojca Kapuścińskiego jest jak najbardziej realna: dostał się do niewoli, uciekł z kolumny jeńców w drodze do kolejowego punktu załadunku, skąd odjeżdżały transporty do Smoleńska i dalej do Kozielska. Ojciec zbiegł i miał to szczęście, że u swojego stryja Mariana w Sobiborze (jeszcze nie zajętym przez Niemców) i z pomocą jego przełożonego, tutejszego nadleśniczego, mógł zmienić mundur na cywilne ubranie. Czyli: mógł zbiec z transportu do Kozielska. Ale nie do Katynia. I tu wkradła się pomyłka. Wystarczyło, by któryś z zaufanych dziennikarzy lub bliskich przyjaciół Kapuścińskiego z nim o tym porozmawiał to z pewnością już wcześniej wszystko by się wyjaśniło. Owszem, miałam zamiar poruszyć temat Katynia w dłuższym wywiadzie, który planowałam przeprowadzić z Ryszardem Kapuścińskim (traf chce, że mojemu dziadkowi nie udało się uciec z transportu do Kozielska i został zamordowany w Katyniu). Nieoczekiwana śmierć pisarza przekreśliła ten plan. Bez względu jednak na to co by mi Kapuściński powiedział, to i tak zapamiętałam na całe życie fragment Ćwiczeń pamięci, w którym pisarz opowiada o swoich obowiązkach ministranta w czasie wojny: "Tam właśnie nad niekończącą się mogiłą stałem godzinami obok księdza, trzymając mu brewiarz i kropielnicę. Powtarzałem za nim modlitwę za zmarłych.” Już jako dwunastoletni chłopak miał Kapuściński na wieki wieków wyryty w pamięci obraz masowych grobów. Artur Domosławski powinien z należytym szacunkiem ponownie przemyśleć ten temat w ramach swojej misji "uczłowieczania” mistrza.
Nastały inne czasy. Rewolucja elektroniczna umożliwia szybkie i sprawne komunikowanie się wszystkich ze wszystkimi. Ale czy dzięki tym zmianom ulegają poprawie także relacje międzyludzkie? Pytanie to nie przestawało nurtować pisarza-myśliciela. Kapuściński był orędownikiem dialogu, co jednak wcale nie oznacza, iż nie zdawał sobie sprawy z jego ograniczeń. Wystarczy skupić się nad jego refleksją zawartą w Lapidarium IV: "Bezcelowość dyskusji o chamstwie, czyli o przekonywaniu przekonanych. Ci, którzy dyskutują o chamstwie, mają szczere intencje, ale zbyt wiele złudzeń. Rzecz bowiem w tym, że cham tych dyskusji nie śledzi, a przede wszystkim nie wie, że jest chamem, więc gdyby nawet - płonne marzenie - coś o chamstwie przeczytał - nie weźmie tego do siebie! Szerzej: każde społeczeństwo to dwa i więcej społeczeństwa, między którymi komunikacja jest znikoma, a często - żadna. W jednym środowisku może krążyć wymiana opinii, poglądów i myśli, o czym inna społeczność może nic nie wiedzieć i nawet tego nie pragnąć."
Oto nasza condition humaine, która do końca życia pozostała głównym przedmiotem rozmyślań pisarza. Czy naturze i kulturze uda się kiedyś odmienić wspólnymi siłami kondycję ludzką na lepsze?
Ewa van den Bergen-Makała
Marzec 2010
Kilka slow o mnie: przetłumaczyłam na niderlandzki m.in. "Podróże z Herodotem" i "Ten Inny" Ryszarda Kapuścińskiego, "Modlitwę o deszcz " Wojciecha Jagielskiego i "Córeńkę" Wojciecha Tochmana. Jestem absolwentka Wydz. Chemii uniwersytetu w Amsterdamie. Mieszkam na stale w Holandii od 1977 r.