http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Martin Pollack*: Czas małych reporterów

d
2010-03-12, ostatnia aktualizacja 2010-03-12 14:41

12 marca. Kilka słów na obronę Artura Domosławskiego. Dyskusja wokół biografii Kapuścińskiego przypomina mi czasami dziecinną zabawę w głuchy telefon, szczególnie jeśli chodzi o reakcje za granicą. Mówi się tam o rzeczach, których w książce wcale nie ma, dziennikarze odpisują jeden od drugiego, przekręcając fakty, i powtarzają insynuacje, zwłaszcza te pochodzące z Polski, od własnych korespondentów.

Ryszard Kapuściński
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Ryszard Kapuściński
Pamiętam z dzieciństwa taką zabawę, która się nazywała "głuchy telefon". Siadaliśmy jeden obok drugiego, rozpoczynający grę mówił po cichu do ucha swemu sąsiadowi jakieś słowo, coś, co sobie właśnie wymyślił, a ten podawał je dalej, aż w końcu szeptany komunikat docierał do ostatniej osoby, która musiała powtórzyć na głos, co usłyszała. I wtedy rozpoczynający grę zapoznawał nas z pierwotnym, prawdziwym słowem. Rezultat był bardzo zabawny. Powtarzany z ucha do ucha komunikat tak się zmieniał, że na koniec wychodziło z niego coś zupełnie innego.

Zawsze znalazł się ktoś, kto specjalnie przekręcił zasłyszane słowo. Nie wolno było tego robić, ale to tylko taka gra, najważniejsze, że się dobrze przy tym bawiliśmy.

Dyskusja wokół biografii Kapuścińskiego przypomina mi czasami tę dziecinną zabawę, szczególnie jeśli chodzi o reakcje za granicą. Mówi się tam o rzeczach, których w książce wcale nie ma, dziennikarze odpisują jeden od drugiego, przekręcając fakty, i powtarzają insynuacje, zwłaszcza te pochodzące z Polski, od własnych korespondentów, którzy mają tę przewagę nad innymi, że przeczytali już książkę. Jak to w praktyce wygląda, zilustruję na dwóch przykładach.

Po ukazaniu się biografii 1 marca w "Süddeutsche Zeitung" pojawił się pokaźny artykuł warszawskiego korespondenta zatytułowany "Mój przyjaciel Che". Tytuł nawiązuje do Domosławskiego i jego twierdzenia, że Kapuściński rozmyślnie wypuścił w świat legendę o swej znajomości z Che Guevarą, chcąc podkreślić w ten sposób własne znaczenie. Domosławski ma na to kruche dowody, może się jedynie odwołać do tekstu na tylnej okładce angielskiego wydania "Wojny futbolowej" i na skrzydełku okładki angielskiej edycji "Hebanu". Jest tam takie stwierdzenie: "Był zaprzyjaźniony z... ", ale nie wkłada się go bynajmniej w usta samego Kapuścińskiego.

Dlaczego, jeśli ta legenda była dla niego tak ważna, nie zadbał, żeby powtarzały ją także inne wydawnictwa - w Niemczech, we Włoszech, w Hiszpanii, Francji itd. - tego Domosławski nie potrafi wyjaśnić. Ale korespondent o to nie pyta. Wprost przeciwnie, posuwa się jeszcze dalej. Nie zadowala się tekstem ze skrzydełka tylko pisze: "...Kapuściński opowiada w wywiadach o Che, tak jakby miał mu towarzyszyć w niebezpiecznych akcjach".

Kiedy, kiedy to opowiadał? Komu? W jakich wywiadach? Pomyślałem, że coś przeoczyłem. Zabrałem się więc znów do książki Domosławskiego. Nie ma tam jednak mowy o takich wywiadach, nie mówiąc już o cytatach.

"Głuchy telefon".

Domosławski pisze, że Kapuściński nie poprawił tekstu na okładce. Korespondent tworzy z tego wywiady. Historia z okładką wydaje mu się chyba zbyt słaba, nie nadaje się na tytuł. Pisze więc, że Kapuściński w owych wywiadach (nie, nie w jednym, ale w wielu) opowiada, jak towarzyszy Che podczas jego niebezpiecznych akcji. Ktoś inny pewnie wkrótce napisze, że Kapuściński walczył z Che ramię w ramię. Co z tego wszystkiego wyjdzie na koniec? Tego jeszcze nie wiemy, gra toczy się dalej, ale nie zdziwiłbym się wcale, gdybym przeczytał, że Kapuściński podczas wywiadów mawiał: Che Guevara to ja!

Ależ to byłby materiał! Cała rzecz nie jest jednak tak śmieszna, chociaż czasami trudno się nie śmiać. Kiedy się jednak sobie uprzytomni, a chodzi tu o zawodowe standardy, jak kolega dziennikarz, wytykając w swym tekście wielkiemu reporterowi nienależyte obchodzenie się z prawdą, sam się z nią obchodzi, można by się raczej rozpłakać.

Tak się tworzy legendy. Z półprawd powstają prawdy, z plotek twarde fakty. W tym przypadku trzeba uwolnić Artura Domosławskiego od wszelkiej winy, nie może on odpowiadać za to, co zagraniczni koledzy wyczytują z jego książki.

W ostatnich dniach udzieliłem kilku wywiadów na temat biografii Kapuścińskiego dla niemieckich i austriackich mediów. We wszystkich poruszano tę samą kwestię. Co ja na to, że Kapuściński przechwalał się swoją przyjaźnią z Che Guevarą i że walczył u jego boku, chociaż udowodniono, że to nieprawda?

- Ależ on sam o tym nigdzie nie mówi i nawet jego biograf tego nie twierdzi.

- Nie? Ale przecież napisano tak w "Süddeutsche Zeitung".

No właśnie. Tak napisano w renomowanej "Süddeutsche Zeitung".

Co się za tym kryje? Brak staranności? Ale to przecież nam, Austriakom, ciągle się go zarzuca (i słusznie), Niemcy niczego nie partaczą, są dokładni, pedantyczni, poprawni, porządni i co tam jeszcze. Nie, na to musi być inne wytłumaczenie. Sądzę, że nastaje teraz czas małych reporterów, którzy długo stali w cieniu, mając ciągłe poczucie, że są niezauważeni. Przez całe lata patrzyli z zazdrością na wielkiego kolegę, który cieszył się sławą. Kłuła ich w oczy. Ale przyjmowali to ze spokojem, nigdy go nie krytykowali, witali zawsze z miłym uśmiechem, brali w ramiona. Teraz karta się odwróciła, mogą już besztać słynnego autora, wytykać mu wszystkie możliwe błędy, publicznie kamienować. I nic im nie grozi, bo w ich krajach, w Niemczech, Anglii i gdzie indziej, nikt nie sprawdzi tego, co napisali. Nie czytano tam jeszcze biografii, wszystkie informacje pochodzą z drugiej, trzeciej ręki.

Domosławski podkopał tamę, uruchomił lawinę. Jeszcze niejedno na nas spadnie.

Tydzień temu odebrałem telefon z austriackiej telewizji, z działu kultury. Jakaś miła pani spytała, czy zechcę jej udzielić wywiadu. Na temat biografii Kapuścińskiego. Umówiliśmy się na następny dzień, ekipa przyjedzie do mojego wiedeńskiego mieszkania. Żegnając się, pani zadała jeszcze pytanie:

- Czy ma pan książkę? Wie, pan, musimy w telewizji coś pokazać, chodzi o zdjęcia...

- Nie, książki jeszcze nie mam, posiadam tylko wersję PDF w komputerze, ale chyba nie nadaje się to za bardzo do telewizji.

- To nic, kupimy ją po drodze w księgarni i przywieziemy ze sobą.

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1