Roman Kurkiewicz: Podróż transkapuścińska

D
11.03.2010 10:57
A A A Drukuj
11 marca*. Jedynym pomnikiem godnym wielkiego pisarza są myśli i książki, jakie jego dzieło może sprowokować. W tym sensie książka Domosławskiego o Kapuścińskim, reporterze, pisarzu, człowieku jest pomnikiem z krwi, kości i pytań. Domosławski otwiera szeroko okna w zatęchłej od niemyślenia i klisz współczesności. Przeciąg murowany. Ale to wiatr od myślenia. Niech wieje.
Czy smutnej staruszce dziennikarz ma prawo "domalować" łzę, której w rzeczywistości nie uroniła? - pytał Gabriel Garcia Marquez podczas warsztatów dziennikarskich w Meksyku, na które zaprosił Mistrza - Ryszarda Kapuścińskiego, przyjaciela. I sam odpowiedział purystom "obiektywności" i "bezstronności": "Ma prawo. Żeby oddać nastrój chwili, stan ducha. Ty też, Ryszard, czasem kłamiesz, prawda? Kapuściński się śmieje. Bez słów. Rozumieją się bez słów.

To, że Artur Domosławski napisał książkę nietuzinkową, radykalną i bezkompromisowo kompetentną widać już po wrzawie, która rozchodzi się jak kręgi na wodzie po wrzuceniu kamienia. Problem w tym, że kręgi się wibrują w najlepsze zanim kamień został wrzucony do wody, czyli książka wydana, przeczytana, zrozumiana, przedebatowana. A przez chwilę, wydawało się, groził jej nawet areszt. Jeśli jest groźba więzienia musi być problem winy. Artur Domosławski zawinił w tej książce po wielokroć. Zanim powiemy czym, wyjaśnijmy dla porządku i jasności: autor biografii Kapuścińskiego wszedł w dziesiątki polskich i niepolskich sporów, które z trudem doczekują się pogłębionej, nieskrępowanej debaty. Poczynając od meandrów najnowszej historii Polski i naszej części świata, udziału, współtworzeniu systemu i wartości pracy twórczej w czasach PRL-u, poprzez standardy dziennikarskiej pracy (służby, misji, fachu, wizji?), kształt życia zawodowego i osobistego.

Każda z tych spraw znajduje w Domosławskim dociekliwego badacza, znajduje w nim nie śledczego ale pytającego, poszukującego, wątpiącego, krytycznego, ale życzliwego towarzysza drogi. Domosławski nie odgrywa roli prokuratora, sędziego. Odbywa podróż po Kapuścińskim rzeczywistym. I w tej podróży jest absolutnym pionierem. Chce sam znaleźć punkty istotne w powstawaniu warsztatu, chce móc opisać opisującego świat Kapuścińskiego, reportera i pisarza, który jak żaden wcześniej polski autor nie zawładnął globalnymi czytelnikami. Kiedy Domosławski planował swoją podróż transkapuścińską musiał zrobić listę ludzi, spraw, kwestii, pytań. Jego największą jedyną "winą" jest to, że nie wykreślił żadnych pytań, że nie odrzucił kierunków, które mogłyby narazić go na krytykę, i co już wiemy dzisiaj, narażają. Ale nie mogę sobie wyobrazić, że z tej książki coś się "wyrzuca", "wycina", dokonuje "redakcyjnej obróbki". Nie widzę jak miała by zyskać na tym sama opowieść, ba, nie wyobrażam sobie, żeby zyskał na tym sam bohater owej ''non-fiction".

Oprócz pochwał za warsztat, kompetencję źródłową, dotarcie do nieoczywistych i znaczących świadków opowieści najwyższe uznanie należy się Domosławskiemu za pokonanie ograniczeń pozornie niewidocznych: nieprzymknięcie oczu na tabu środowiskowe, na tabu wyznaczone przez wyznawców, na ograniczenia będące konsekwencją filozofii laurkowej.

Książka "Kapuściński non-fiction" w moim rozumieniu dopełnia dzieło Kapuścińskiego i wypełnia zadziwiającą pustkę, jaką była otoczona: przywraca pejzaż historyczny, ideowy, zaangażowany i polityczny, pejzaż osobisty i skryty, pejzaż, dzięki któremu możemy pełniej odczytać bohaterów pierwszoplanowych: książki samego Kapuścińskiego.

Z głębokim zdumieniem i niedowierzaniem przysłuchiwałem się pojawiającym się głosom, że Domosławski obala autorytet Kapuścińskiego. Wolne żarty! Domosławski swoją książką otwiera nowy rozdział czytania i rozumienia i konieczności przemyślenia dzieła autora "Cesarza" i "Szachinszacha". Domosławski przywraca nam Kapuścińskiego politycznego, nieobojętnego, jego literackość, jego "domalowane" łzy były walczące, były po coś. A sam Kapuściński był człowiekiem świadomym swej mocy, choć skrywał go za owym słynnym, niejako buddyjskim uśmiechem. Uważność Kapuścińskiego nie pochodziła z bajki o niezależnym obiektywnym obserwatorze, który pozbawiony jest własnego dzieciństwa, języka, koloru skóry, płci, szkół. Ale Kapuściński w tym świecie wybierał punkt widzenia. Nie był pisarzem widzem, bywał uczestnikiem, był samotnikiem, ktory opisywał całe kontynenty, rewolucje, wojny.

Może problem z książką Domosławskiego jest taki, że u nas Kapuściński się zadomowił na innej półce z książkami? W inne szufladzie? Z inną etykietką? Że daliśmy sobie wmówić, że pisanie o świecie (pisanie w ogóle), widzenie świata nie może być indywidualne, osobiste, pojedyncze? Dlaczego każda ewangelia opisuje innego Jezusa? A dlaczego jedne są kanoniczne a inne apokryficzne? Dlaczego musimy przepuszczać książki Kapuścińskiego przez filtry krytyki literackiej albo jeszcze śmieszniej, krytyki dziennikarskiej? Może się wymyka? A może dzięki temu więcej rozumiemy? Może nie używać słowa "kłamie", "zwodzi", konfabuluje, a użyć innych formuł i zaklęć? Poszerza gatunek, rozwija reportaż, znajduje formę bardziej pojemną? A może lepiej wiedzieć, gdzie pojawia się i ujawnia jego autokreacja, która nie przekłada się na treść samych utworów? Może Kapuściński daje się lubić nawet jeśli nie znał Che Guevary i Lumumby? A może nawet wtedy, gdy nie sprostował takiej notki na okładkach obcojęzycznych wydań? Dzisiaj w ciągu roku w Polsce ukazują się setki książek, gdzie czytamy "najwybitniejsza", "najlepsza", "najznakomitsza", napisana "doskonale", "wzorcowa", "odkrywcza". Doprawdy? A gdzie one są po roku od publikacji?

Zadajemy sobie pytanie jakim człowiekiem musi być dobry reporter, pisarz? Ano będzie takim jakim jest. Innym nie będzie. A nawet literalnie identyczne książki będą inne, kiedy będziemy je czytać w odmiennym momencie naszego życia. Truizmy.

Kiedy słucham i czytam reakcji ("powściągliwiej", "boli mnie serce", "bardziej antykomunistycznie") na książkę Domosławskiego, będę komentował wypowiedzi tych, którzy deklarują, że przeczytali (Primum lecture!). I przypominają mi się dwie filmowe historie. Pierwsza z Mozartem, z filmu Formana, kiedy słyszy, że w jego muzyce jest za dużo nut. I pyta: "O które za dużo, o które?". Druga to sposób w jaki film Lanzmanna "Shoah" pozwolił Polakom oglądać Jerzy Urban, wymontowując z ponad ośmiogodzinnej całości fragmenty z udziałem polskich chłopów. Film był o zagładzie i śmierci narodu żydowskiego, nie o polskim antysemityzmie, bohaterstwie, ruchu oporu, Sprawiedliwych, Janie Karskim. Ale Urban wtedy wiedział lepiej.

Być może musimy sobie poukładać życie z książkami Ryszarda Kapuścińskiego na nowo, nie mam wątpliwości, że po książce Artura Domosławskiego będzie to radykalniej bardziej owocne. A gdyby sobie teraz wyobrazić książkę ulegającą owym zaleceniom "powściągliwiej", "niech nie boli serce" - to jaki krzyk by się podniósł? A gdzie to a gdzie tamto, a gdzie ta a gdzie owa - historia? Po takich książkach zapada milczenie. A i takie powstały. Może paradoksalnie Domosławskiemu udaje się właśnie sztuka rozpoczęcia po raz pierwszy pogłębionej debaty o polskiej historii ostatnich lat, o miejscu i zadaniach, i sukcesach polskich inteligentów? Debaty, w której nie ma ipeenowskiej tezy, w której nie ma spóźnionego, nieprzejednanego antykomunizmu, w którym jest uczciwość i życzliwość, ale też rzetelny krytycyzm. Krytycyzm mówię, a nie potępienie. Dociekliwość, a nie wyrokowanie, nieskrępowanie w zadawaniu pytań, ale nie dezynwoltura.

Jesteśmy dumni z Kapuścińskiego? No to może trzeba uznać skąd przyszedł, gdzie się uczył, z kim i jak pracował? Niewygodne? Peerelowskie? No, tak. Rehabilitacja totalitaryzmu? A gdzie? A może próba zbliżenia się do epoki sine ira et studio? A może jest więcej doświadczeń z tamtego czasu, które powinniśmy docenić?

Domosławski postawił wysoko poprzeczkę. Nie tylko dziennikarzom. Nie tylko biografom. Historykom, krytykom. Ale żeby to docenić najpierw, wstyd przypominać, należy przeczytać. Jeśli przez te kilka lat zdążyliśmy z Kapuścińskiego uczynić ikonę otoczoną kultem, to Domosławski zdarł z ołtarzyka pozłocenia i ujawnił blask rzeczywisty, może gdzie niegdzie matowy i z rysami, ale realny. Jak rasowy reporter. Wytarł łzy ckliwości i infantylnego niezakorzenienia w historii człowieka. Artur Domosławski dokonał niezwykłego zbliżenia do Kapuścińskiego. Myślę, że gdyby Ryszard Kapuściński przeczytał te książkę o sobie, to uśmiechnął by się. Bez słów. Rozumieli by się bez słów.

ROMAN KURKIEWICZ

* Pełna wersja tekstu, który w skróconej wersji, z tytułem "Kapuściński wart myślenia" ukazał się w tygodniku "Przekrój" nr 9/3375, 2 marca 2010, pisany 25 lutego .