Fragment obszernego tekstu - całość czytaj tu (...) Pytanie: jak traktować teraz dzieło Kapuścińskiego, staje przed jego czytelnikami niezależnie od tego, co sądzą o samej książce Domosławskiego. (...) Owszem, autor i wydawnictwo powinno dłużej zastanowić się, czy opowieść o stosunku bohatera do kobiet jest istotna dla analizy fenomenu Kapuścińskiego. Oraz - co ważniejsze - czy można upubliczniać takie detale z prywatnego życia bohatera, jeśli wciąż może to razić członków jego rodziny? Nawet jeśli jest to ważny element opisu jego charakteru, a najbliżsi mieli tego od dawna świadomość. Już na pewno zaś należało zrezygnować z upubliczniania historii o młodzieńczej "wpadce" (i jej konsekwencji) kogoś z kręgu licealnego młodego Ryśka - wszak akapit ten brzmi jak obrzydliwa sugestia, nie mówiąc już, że zdarzenie to nijak się ma do tematu książki.
(...) Niestety, dotychczasowa dyskusja nad "Kapuściński non-fiction" koncentruje się na obyczajowo-lustracyjnej warstwie książki. Tymczasem, na dłuższą metę, dużo ważniejsze są te partie, które tyczą samego dzieła Ryszarda Kapuścińskiego.
(...) Domosławski punkt po punkcie dowodzi, że jego - i całych pokoleń polskich dziennikarzy - mistrz od początku dość swobodnie traktował faktograficzną stronę swojej twórczości. Efekt i dramatyzm narracji przeważały często nad wiernością faktom.
(...) W efekcie takich zabiegów musimy zacząć traktować twórczość reporterską Kapuścińskiego z dystansem. Owszem, opis bywa mistrzowski, tyle że odbiorca powinien zostać uprzedzony o przyjętej konwencji i, by tak rzec, niefrasobliwym podejściu do faktów.
I tu właśnie pojawia się największy kłopot: otóż Ryszard Kapuściński nie potrafił uwolnić się od swojego wizerunku nieustraszonego reportera, rodzaju Indiany Jonesa z notatnikiem, który obserwował walki na dwunastu frontach i był świadkiem ponad dwudziestu rewolucji czy zamachów stanu oraz któremu cztery razy groziło rozstrzelanie. Tworzył ten obraz sam, lecz po części tworzyliśmy i my - jego czytelnicy. Oraz my dziennikarze, którzy mając okazję do kontaktów z Kapuścińskim, jakoś nie zadawaliśmy mu trudnych pytań: z onieśmielenia?, z grzeczności?, ze strachu przed nadkruszeniem mitu? Choć jeśli chodzi o sprawy prywatne, to z dyskrecji i przyzwoitości. Nie zadał mu ich także Domosławski.
Innymi słowy: wszystkie wczesne teksty Kapuścińskiego, które uchodziły za reportaże czy korespondencje, musimy odtąd siłą rzeczy czytać tak, jak czytamy "Cesarza" czy "Szachinszacha" - jako rodzaj paradokumentalnych jedynie, lecz w istocie literackich opowieści czy traktatów literacko-intelektualnych na temat zachowań ludzkich w obliczu biedy, rewolucji, opresji itd. Choć znakomicie oddają klimat opisywanych miejsc, czasów i wydarzeń, nie mogą służyć jako kanoniczne źródło wiedzy o, chociażby, Afryce czy Ameryce Południowej. A dla tysięcy rodaków - a pewnie i dla wielu miłośników "Kapu" na całym świecie - takim niepodważalnym źródłem przez lata były.
(...) Śmiało za to Kapuściński może służyć za wzór nie tylko doskonałego pisarza (ze sztandarowymi dziełami właśnie w postaci "Szachinszacha" czy "Cesarza"), ale też myśliciela potrafiącego błyskotliwie weryfikować akademickie rozważania teoretyków własnymi obserwacjami zdobywanymi podczas wypraw w charakterze... reportera.
(...) Istnieje prosty sposób na poradzenie sobie teraz z dorobkiem Kapuścińskiego: wystarczy zacząć traktować go przede wszystkim jako pisarza, eseistę, myśliciela, a nie dziennikarza. Samemu Kapuścińskiemu by to zresztą pewnie bardzo odpowiadało. Sam pamiętam, jak mawiał, że tak naprawdę to chciałby, by ludzie mieli go nie za reportera, lecz pisarza, a najlepiej, by docenili go jako poetę. Po czym, już niemal szeptem, zdradzał, że tak naprawdę najpełniej realizuje się w fotografii (faktycznie, zdjęcia jego autorstwa są rewelacyjne).