http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sławomir Popowski: Ta książka boli. A jeszcze bardziej dyskusja, którą rozpętała...

d
2010-03-10, ostatnia aktualizacja 2010-03-10 14:57

10 marca. I wcale nie dlatego, że podważona została wiarygodność Ryszarda Kapuścińskiego, że - zamiast pisania hagiografii - ktoś go zwala z pomnika... Nie chodzi o hagiografię, ani o pomnik, ale o zwykłą uczciwość, o staromodne, ale nadal - mam nadzieję - ważne wartości.

Po lekturze książki Artura Domosławskiego: "Kapuściński non fiction" mam prosty test dla wszystkich jej obrońców. Szczerą odpowiedź na pytanie: czy chciałbyś mieć Domosławskiego za swojego przyjaciela i przyjaciela twojego domu, rodziny; czy chciałbyś, aby był autorem, już nawet nie biografii, ale choćby twojego życiorysu? Oglądam, słucham i czytam jego wypowiedzi, udzielane seryjnie w ramach akcji promocyjnej książki. I im więcej mówi, tym mniej mu wierzę.

X X X

Domosławski powtarza, jak mantrę, stale to samo. Wprawdzie już nie mówi, że był przyjacielem Ryszarda, lecz tylko "był z nim w przyjaźni", ale dalej uważa go za swojego mentora. No i że chodziło mu tylko o jedno: skoro zorientował się z udostępnionych mu po śmierci Mistrza prywatnych listów i notatek, że funkcjonujący wizerunek Ryszarda nie zgadza się z tym, który teraz zaczął odkrywać, więc - jak sam mówi - postanowił go "uczłowieczyć", "zedrzeć lakier", pokazać prawdziwy wizerunek Kapuścińskiego... Oczywiście: z empatią... A on, jedyny odważny, w imię prawdy o Mistrzu i w poczuciu fundamentalnego obowiązku wobec czytelnika - wszystko to ujawni, opisze... I jeszcze uprzedzi prawicowych lustratorów oraz nieżyczliwych, którzy też by mieli ochotę dobrać się do Kapuścińskiego...

Prawda, że ładnie brzmi? Więc skąd to moje poczucie fałszu? A może rację ma Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika "Press", który w swoim komentarzu napisał: "Domosławski w biografii Ryszarda Kapuścińskiego tyle miejsca poświęcił na odbrązawianie Kapuścińskiego, że nie starczyło mu już miejsca na pokazanie jego wielkości. Tyle razy zderzył się z małością Kapuścińskiego, że zapomniał, dlaczego był w niego zapatrzony. Tak chciał bronić go przed prawicowymi lustratorami, że nie zauważył, iż jego lustracja jest bardziej bezwzględna"?

X X X

Mówię sobie: cóż, tak wygląda dziś profesjonalny marketing. Najpierw trzeba umiejętnie sprowokować skandal, opublikować co smaczniejsze fragmenty - na przykład o ryśkowym "kłamstwie katyńskim" i teczkach IPN, a także o tym, jak konfabulował swoje opowieści, nie mówiąc już o dyskretnie sugerowanych układach damsko-męskich - i można być pewnym, że przynajmniej część publiki zaprotestuje...

A jeszcze do tego wdowa po Ryszardzie wystąpiła do sądu o wstrzymanie rozpowszechniania książki, więc można być pewnym, że natychmiast odezwą się obrońcy wolności słowa, wystąpią przeciwko "cenzurze prewencyjnej"... I żaden sąd nie ośmieli się pójść pod prąd - postawić ochronę dóbr prywatnych, osobistych oraz dobrego imienia ponad wolność słowa... Można od razu, nie czekając, drukować 45 tys egzemplarzy, z gwarancją szybkiego dodruku...

"Kasa, Misiu, Kasa" - powtarzam za klasykiem - jako jedyne logiczne wytłumaczenie całego zamieszania wokół Kapuścińskiego. I gryzę się w język. Wydawnictwo? - Rozumiem. Ale co z autorem? - Nie potrafię odpowiedzieć.

X X X

Przyznaję. Dałem się złapać w tak zastawioną pułapkę. Moja pierwsza reakcja na informacje o mającej się ukazać książce, z cytatami jej fragmentów, była niezwykle (i chyba nierozsądnie) emocjonalna. Zbyt blisko i zbyt długo znałem Ryszarda (nie mówię: "przyjaźniłem się", czy "byłem w przyjaźni" - bo te określenia są obecnie zdecydowanie nadużywane i to w złej wierze) - aby nie zareagować. Ryszard praktycznie przez dwa lata mieszkał u mnie w Moskwie, gdy zbierał materiały do "Imperium" i nawiązana wówczas, prawie dwudziestoletnia, rodzinna już przyjaźń przetrwała aż do jego śmierci. Nigdy nie próbowałem odcinać kuponów od przyjaźni z Kapuścińskim... Ale może znałem zupełnie innego Ryszarda, niż ten, którego portret tak sugestywnie (pytanie, czy uczciwie) rysuje Domosławski?

X X X

Zgoda. Nie można oceniać książki, zanim się jej nie przeczytało, co słusznie wytknęli autorzy kilku wpisów pod moim wcześniejszym tekstem na tym portalu. Dałem się ponieść uczuciom, sprowokowany medialnymi zapowiedziami książki i drukowanymi jej fragmentami, wydobywającymi z "biografii" Kapuścińskiego to, co najbardziej sensacyjne, najbardziej brudne i oczerniające. A wszystko, wg reguł IV RP.

Sam jej autor nigdy przeciwko temu nie zaprotestował. Przeciwnie. Potwierdzał, chowając się zarazem za - moim zdaniem, puste już dziś - deklaracje o swojej przyjaźni do Mistrza. I chyba też na takie reakcje (jak moja) liczono. Na wywołanie skandalu napędzającego kasę. Na to, że tak będziemy zajęci obroną dobrego imienia Ryszarda, że na nic innego nie będzie już miejsca.

W ten sposób spór został niejako z góry zaprogramowany. Proszę zwrócić uwagę: w dyskusji nad książką sprzeczamy się o Kapuścińskiego: czy konfabulował, czy nie; co było w teczce IPN i gdzie siusiał piesek cesarza, a także, czy i na ile Ryszard cynicznie kreował swój wizerunek, gdzie kłamał, a gdzie mówił prawdę; wreszcie czy i na ile był uwikłany w PRL oraz komunizm, a także - czy miał prawo traktować Polskę Ludową za swoje państwo? Przy każdym z tych pytań, narzuconych przez Domosławskiego, przyjmujemy z góry założenie, że to Kapuściński jest oskarżonym. I jeszcze mamy chwalić autora tych pytań, że z taką empatią pisze o swoim Mentorze?

X X X

Zajmijmy się więc książką. Moja ocena ogólna: jest bardzo sprawnie napisana, a jednocześnie to bardzo zła książka, co do uczciwości której mam olbrzymie zastrzeżenia. Powiedziałbym nawet złośliwie: momentami jest nawet świetna. Zwłaszcza w tych fragmentach, gdy obszernie - a to jest ok. 30 proc jej objętości - cytuje teksty samego Kapuścińskiego.

Podczas lektury czasami łapię się na tym, że zaczynam się zastanawiać, czy w ogóle jest to biografia, a nie publicystyka - próba uporania się z własnym kompleksem ucznia wobec Mistrza, dokonania swego rodzaju aktu "ojcobójstwa".

Wskazywałaby na to sama konstrukcja książki. Domosławski kokieteryjnie stwierdza na wstępie, że szuka dla niej właściwej "architektury i formy" i - świadomie, lub podświadomie - znajduje ją w "Cesarzu". Tam był piesek Lulu, tu jest uśmiech Ryszarda, który od pierwszych zdań "ustawia" konstrukcyjnie całą książkę. Jest kluczem do zrozumienia głównego jej przesłania. I zarazem klamrą.

W ten sposób, wychodząc od psychologicznej analizy uśmiechu Ryszarda, Domosławski próbuje udowodnić za wszelką cenę, że Kapuściński ukrywał swoje prawdziwe oblicze. A ukrywał, bo się bał... I nie ma żadnego znaczenia, że z tym samym uśmiechem rozmawiał ze wszystkimi. Z Pigmejem z buszu i z noblistą. Że ten jego uśmiech to nie była żadna cyniczna gra z otoczeniem, jakaś wypracowana strategia, ale część jego natury. Tej natury, która kazała mu kilka razy, zupełnie bezinteresownie, z prywatnych funduszy, dawać kieszonkowe Domosławskiemu, gdy wybierał się za granicę. I listy polecające do jego wielkich przyjaciół.

X X X

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1