Każdy z opublikowanych dotąd w "Gazecie" tekstów o książce "Kapuściński non-fiction" zwraca uwagę jedynie na aspekt/aspekty pracy Domosławskiego lub tylko na fragment/fragmenty dzieła czy biografii Kapuścińskiego; ogólniej - warsztatu pracy reportera lub pisarza. Każdy z autorów ulega założonej przez siebie tezie i przez to ich teksty są wycinkowe. Nikt nie próbuje umieścić biografii Kapuścińskiego w szerszym kontekście współczesnej kultury.
Marek Beylin ("Gazeta Świąteczna", 27 lutego) stara się udowodnić, że Kapuściński w ujęciu Domosławskiego jest płaski, jednowymiarowy, nie jest sobą. W gruncie rzeczy Beylin przypisuje biografowi złe intencje - pomniejszenia reportera, wręcz napiętnowania za słabości czy konformizm.
Podobnie wybitny tłumacz i pisarz Martin Pollack ("Gazeta", 1 marca). Docenia wprawdzie Domosławskiego za ogrom pracy, talent pisarski, ale twierdzi, że chciał on obnażyć słabości swego bohatera. I dlatego - pisze Pollack - "nie przetłumaczę tej książki".
Moje wrażenie jest dokładnie odwrotne. Domosławski stara się pokazać Kapuścińskiego różnorodnego, skomplikowanego, takiego, jakim był poza wywiadami i spotkaniami autorskimi, nawet poza rozmowami ze znajomymi po fachu i luźnymi znajomymi. Stąd próba przeniknięcia życia prywatnego pisarza, dotarcia do rodziny, najbliższych przyjaciół, powierników.
Każdy człowiek obarczony brzemieniem talentu i sławy wchodzi w pewną rolę. Kapuściński przez co najmniej 30 lat życia został sprowadzony do roli "wielkiego pisarza", "króla reportażu", "przyszłego noblisty". Zamysł, by ten hagiograficzny obraz przełamać w biografii, jest słuszny. Inna rzecz, czy Domosławskiemu się to udało, czy nie popełnił błędów, czy nie posunął się za daleko, czy nie okazał się za mało wrażliwy. Ale posądzać go o złe intencje?
Zakładam, że Domosławski chciał jak najlepiej. Jego emocjonalny stosunek do Kapuścińskiego wcale nie ułatwił pisania. Rozumiem, co musiał czuć, poznając skrawki życia Kapuścińskiego niepasujące do jego wizerunku. Uznał, że musi wszystko wywalić na wierzch, opatrując tylko lekkim komentarzem. A resztę niech sobie dopowie czytelnik. To uczciwe, ale zarazem to pułapka, bo odpowiedzialność za to ujawnianie spada wyłącznie na Domosławskiego. Sugerowanie, że zrobił to, by poniżyć mistrza, wydaje się jednak grubą przesadą.
Adam Leszczyński ("Gazeta Świąteczna", 27 lutego) twierdzi, że jeśli Kapuściński konfabulował, jest to bomba podłożona pod całą polską szkołę reportażu. Kolejne duże uproszczenie. Kapuściński wykonywał w życiu kilka zawodów dziennikarskich. Był reporterem krajowym w czasach stalinowskich, gdy pisało się, jak powinno być, a nie jak jest. Potem został dziennikarzem agencyjnym, korespondentem zagranicznym. Jego depesze były niezwykle szczegółowe i kompetentne. Sporo ich wchodziło do biuletynu specjalnego PAP przeznaczonego dla najwyższych władz PRL. To najlepsza, acz przewrotna rekomendacja rzetelności Kapuścińskiego.
Pisząc książki, zwłaszcza w latach 70., Kapuściński stworzył nowy gatunek literacki. Jest to reportaż, ale zarazem parabola. Opowieść o władzy, Trzecim Świecie, wychodzeniu z kolonializmu, towarzyszącej temu przemocy; zarazem pełna aluzji do rzeczywistości PRL. Żądanie, by te opowieści były czyste gatunkowo, trzymały się ściśle faktów, jest absurdem. Gdyby tak je Kapuściński napisał, nie przeszedłby do historii. Pisarza - na co zwraca uwagę Andrzej Stasiuk ("Gazeta", 2 marca) - nie można rozliczać jak dziennikarza agencji informacyjnej.
Zarzuty o zmyślenia brzmią tak, jakby ich autorzy chcieli udowodnić, że Kapuściński miał kiepski warsztat; może się bał, więc fantazjował. To nieprawda. Poznałem go jako 20-latek marzący o karierze dziennikarskiej. Opowiedział mi, jak pracował nad "Imperium". Ile setek tomów przeczytał, ile tysięcy fiszek wynotował, ile miał brulionów z notatkami z podróży. - Piszę w proporcji jeden do dziesięciu - mówił. - Do książki wchodzi maksymalnie jedna dziesiąta część zebranego materiału.
W książkach afrykańskich czy latynoamerykańskich są momenty dyskusyjne. Ale do faktograficznej strony "Imperium" nie przyczepił się nikt.
Mam wrażenie, że wokół oceny książki Domosławskiego rodzi się konflikt pokoleniowy. Starszych szokuje dobieranie się do prywatności, brutalna wiwisekcja wszystkich aspektów życia reportera. Sam nie napisałbym rozdziału o jego miłościach. Ale rozumiem, że Domosławskiemu był on potrzebny do konstrukcji książki.
Standard biografii bardzo się ostatnio zmienił. Młodzi autorzy nieustannie słyszą, że najważniejsza jest prawda, jawność i lojalność wobec czytelnika. Domosławski potraktował to przesłanie bardzo serio. Może nawet za bardzo.
Granica prywatności w sztuce, mediach, życiu publicznym - zwłaszcza w odniesieniu do znanych ludzi - zaciera się z powodu tabloidów, kolorowych magazynów, telewizji i internetu. Jesteśmy tak tym bombardowani, że mamy grubszą skórę. I coraz bardziej rozpowszechnia się zgoda na to. To proces nieuchronny.
Zdzisław Pietrasik z "Polityki" pisał niedawno w korespondencji z festiwalu filmowego w Berlinie: "Oglądamy z bliska, jak umiera senior rodu, wokół łoża którego zgromadzili się najbliżsi. Kamera skupia się na twarzy, zaś operator dźwięku zapisuje każdy najcichszy dźwięk konającego. (...) Podobnych scen, kiedyś nie do pomyślenia, mieliśmy tu więcej. Współczesne kino nie uznaje bowiem żadnego tabu, podchodzi z kamerą do człowieka na najbliższą odległość, pokazując go również w sytuacjach ekstremalnie intymnych, które kiedyś obraz jedynie sugerował. Dziś nic widzowi nie zostanie oszczędzone".
Tak właśnie Kapuścińskiego pokazał Domosławski. Popełnił błędy, ale zrobił to zgodnie z konwencją naszych czasów. A w każdym razie na pewno nie ze złej woli.