Gdy w 1981 r. Ryszard Kapuściński, wieloletni oddany członek partii, nie godzi się na namowy sekretarza KC, by poskromił swój entuzjazm dla strajkujących stoczniowców i odmawia wykreślenia z tekstu nawet przecinka, można to tłumaczyć rozmaicie. Przejrzał, zrozumiał bankructwo swej formacji ideowej i zasadność robotniczego buntu - powie jeden. Pojął, że jego partia dogorywa i czas postawić na innego konia - powie cynik. Czujnego autora biografii Kapuścińskiego nachodzi jednak inna refleksja: „Mógł powiedzieć »nie « kierownikowi Wydziału Prasy KC? To jakąż on miał silną pozycję w partii?”.
Jak to się ma do nieustannych deklaracji biografa, że wszelkie wątpliwości, a ma ich mnóstwo, rozstrzyga na korzyść swego bohatera?
Kapuściński był wyczulony na fałsz - "wykrywa go z łatwością w ludziach i w słowie pisanym". Ta książka jest pełna fałszu i obłudy. Lepiej bym ją strawił, gdyby autor powiedział: gdy się bliżej Kapuścińskiemu przyjrzałem, stopniał mój szacunek. Z takich to a takich powodów. Czytelnik mógłby to zaakceptować lub nie. Zamiast tego mamy do czynienia z inkwizycją na stronach książki, której towarzyszą sympatyczne deklaracje w lawinie wywiadów. Mistrz marketingu próbuje w aksamitnych rękawiczkach ściągnąć z piedestału króla reportażu.
***
W dyskusji nad książką dominują rozważania nad tym, jaki był naprawdę Kapuściński: wielki czy mały, czy trochę taki, a trochę taki, i jakie są granice swobody reportażysty. Ciekawe, ale w tej sytuacji nie najważniejsze.
Kapuściński miał lewicowe poglądy i kiedyś wierzył w ideały systemu, którego praktyka przyniosła ludzkości kupę nieszczęść. Miał dobre stosunki z władzą, a złe z własną córką. Kobiety go uwielbiały, a on nie pozostał na to obojętny. Gdyby gotowość do kompromisów z władzą narzuconą i odstępstwa od monogamii dyskwalifikowały autorytety, to powinniśmy natychmiast usunąć z cokołów Mickiewicza i Piłsudskiego, zanim prześwietlimy lokatorów pozostałych pomników. Dla mnie ważniejsze od tego, ile wódki wypił Kapuściński z partyjnymi notablami i czy deklamował za młodu wiersze na cześć Stalina, jest to, ile w tej książce obiektywizmu, ale ile tendencyjności. Sądzę, że etyka żyjących jest równie ważna, jeśli nie ważniejsza, niż etyka umarłych. A praktyka pisarza ważniejsza niż teoria reportażu.
Dlaczego na przykład w książce znalazł się rozdział "Historia jednej plotki", która - jak pisze Artur Domosławski - " jeszcze niedawno krążyła po Nairobi"; plotki o plagiacie, który jakoby popełnił Kapuściński. Przynieśliśmy właśnie plotkę z Nairobi do Warszawy. Po Warszawie nie krążyła, a po Nairobi już nie krąży. Kto to jest Pearsons, ów reżyser teatralny i poeta, i jaką wagę dla oceny Kapuścińskiego ma opinia jego niezidentyfikowanych brytyjskich przyjaciół? Nie istnieje wprawdzie reżyser teatralny ani poeta o nazwisku Pearsons, ale żyje w Nairobi człowiek o podobnym nazwisku, kieruje warsztatem teatralnym przy muzeum. Kto stworzył ową plotkę o plagiacie?
Pani Barbara z Addis Abeby, ważne dla biografa źródło oceny pracy Kapuścińskiego, uważa, że "Cesarz" to bajdurzenie. Gdy John Updike, Salman Rushdie czy John La Carre zachwycali się jego pisarstwem, to nie z przekonania, że Kapuściński z narażeniem życia zakradł się do komnat Hajle Sellasjego, by podsłuchać, jak monarcha łaje ministrów, a ci się przed nim korzą. "Cesarz", powiada Updike, to "magiczna refleksja, która często przemienia się w poezję i aforyzm".
Profesorowie z Nowego Jorku i Berkeley, którzy Kapuścińskiego bronią przed zarzutem nieścisłości faktograficznych, dostają kilka linijek tekstu. Specjalista od Iranu i pani Barbara, którzy Kapuścińskiego chłoszczą, zasługują na kilka stronic. Autor miłosiernie stwierdza jednak, że „stawianie Kapuścińskiemu pytania »byłeś katem czy ofiarą? « nie ma sensu”.
***
"Na jakie zapotrzebowanie odpowiada jego pisarstwo? Skąd tak wielka popularność w różnych kręgach językowych i kulturalnych?" Domosławskiemu jakby trudno było to pojąć - co dziwi, zważywszy na deklarowaną adorację. Na pytanie, dlaczego Kapuściński podoba się na Zachodzie, Domosławski znajduje odpowiedź w Polsce: "Bo spełnia zapotrzebowanie kultury zachodnioeuropejskiej i amerykańskiej na autorozliczenie - na wielce popularne, acz mocno obłudne odprawianie pokuty". A dlaczego to Polaka pyta biograf, dlaczego Kapuściński podoba się na Zachodzie? Gdy interesuje mnie co smakuje Francuzom, nie pytam o to Japończyków.
A co z resztą świata? Znam Turków i Persów, którzy uwielbiają Kapuścińskiego, a nie mają powodu do pokuty. Dlaczego im się podoba? Dlaczego zawsze tylu było chętnych na jego warsztaty w kolumbijskiej Cartagenie?
"Kapuściński nie miał krytyki, bo krytykę sam unieszkodliwiał"- pisze Domosławski. Po czym wymienia przykłady, jak niepewny swego Kapuściński każdą krytykę odchorowywał. Czyli nie wszystkich zdołał unieszkodliwić.
***
Uważam, że osąd moralny książki Domosławskiego, wydarzenia wydawniczego i zapewne sukcesu kasowego, jest ważny dla standardów dziennikarskich, dla jakości i reputacji profesji reportera i biografa. I szerzej, dla jakości życia publicznego w Polsce. Rysiek już Nobla nie dostanie i nikt go nie będzie biczować za gorliwość w ZMP. Sukces Domosławskiego powie natomiast innym: tędy droga. To zachęta do powielania modelu: ukradł, nie ukradł, zamieszany w kradzież. A autor oskarżenia ogrzeje się w ciepełku sławy oskarżonego.
Tytuł książki jest bardzo amerykański i takaż jej zawartość. To ani komplement, ani zarzut, choć wolałbym, abyśmy uczyli się od Amerykanów, jak budować autostrady, a nie jak zaglądać innym pod kołdrę. Ale autor to przecież nie drogowiec, lecz przyjaciel, a od czegóż mamy przyjaciół, jeśli nie od tego, by zaglądali nam do łóżka?
"Rozdział o kobietach w życiu Kapuścińskiego starałem się napisać szeptem" - mówi Domosławski w wywiadzie dla "Przekroju". Jeśli to jest szept, to jak brzmiałby pełny głos?
*Andrzej Lubowski, ekonomista i publicysta, od lat 80. mieszkający w USA