(... ) Domosławski (...) nie pcha się z gotowym dogmatycznym rozstrzygnięciem. Owszem, formułuje swoje interpretacje (nieraz, moim zdaniem aż nazbyt empatyczne), lecz nie wyrzuca poza nawias tego, co się w nich nie mieści, pozwala odcedzić czytelnikowi pracowicie pozbierane świadectwa od własnego monologu wewnętrznego.
Można oczywiście podważać uczciwość tego monologu, orzec, że Domosławski wziął się do roboty jak inkwizytor, rozsiewając tylko dla niepoznaki korzystne uwagi. To kwestia wiary, intuicji - jak dotąd nikt z publicznie zabierających głos nie potrafił mnie przekonać, że nie jest to po prostu uczciwy zapis rozterek. Dla mnie jest to świadectwo traktowania czytelnika jak dorosłego.
(...) W swoich pretensjach do Domosławskiego, polemiści przeoczyli fakt, że popełnił mimochodem znakomitą opowieść o życiu peerelowskich elit. Jest ona pisana "w butach" Kapuścińskiego, a więc afirmuje PRL jako w sumie nie takie złe miejsce na ziemi, ale ta postawa nie przeszkodziła autorowi zebrać masy świadectw, które dla ludzi hołdujących lirycznej wizji powojnia są przykre.
(...) W jednym z najbardziej wstrząsających obrazów książki - gdy Kapuściński w trakcie solidarnościowego karnawału najpierw pisze swój sławny tekst o strajkach, bezbłędnie rozpoznając ich godnościowy charakter, a potem przejmuje się głęboko ruchem partyjnych poziomek, widząc w nich kluczowy czynnik zmian - skupia się jak w soczewce to pomieszanie w jednym człowieku ideologicznego odklejenia od świata z nieudawanym wyczuleniem na krach socjalistycznego projektu.
(...) Przez peerelowskie ruchome piaski Domosławski prowadzi swojego bohatera ścieżką wyznaczoną przez empatię, szuka usprawiedliwień i wyższych racji (to przede wszystkim chęć realizowania pasji, czyli wyjazdów do Trzeciego Świata).
(...) Domosławski pyta, próbuje zebrać fakty, układa je w opowieść o prawdziwym lewicowcu, "true believer" - ale nie zmusza czytelnika, by kupował jego tezy. Zwłaszcza że w paru kluczowych momentach interpretacje zachowań Kapuścińskiego pozostają niedomknięte, autor cofa się o krok, poprzestając na przekonaniu o wielkości swojego bohatera, jego wewnętrznej spójności wobec powołania reportera, rzecznika ludzi niemych czy "tłumacza kultur".
(...) Czy ktoś, kto lubi wiedzieć i wyrusza w poszukiwaniu świadectw o człowieku, o jakimś węźle najnowszej historii i nie poprzestaje na obiegowych formułkach, musi przy pierwszym nieprzyjemnym pytaniu usłyszeć, że "grzebie w życiorysie"? Czy ludzie późno urodzeni, do których się wraz z Domosławskim zaliczam, mają szansę wyjść ku ludziom urodzonym nieco wcześniej (zwłaszcza tym, którzy ucieleśniali dla nas kanony rozmaitych doskonałości) i bez wstępnych założeń na "tak" czy na "nie" zadawać nieuzgodnione wcześniej pytania, zbierać na własne konto fragmenty układanki? Bez jałowego tłumaczenia, że chcemy wyrobić sobie zdanie, a nie od razu podpalać stos i odsyłać starszych na banicję z łatką szpicli, katów, tchórzy?
Odpowiedź, jaką konsekwentnie dostaje moje pokolenie od parunastu lat, brzmi: nie. Reakcje na książkę Kapuścińskiego jeszcze tę odmowę pogłębiają.
Fragment tekstu -
całość czytaj tu