Biografia Ryszarda Kapuścińskiego

Mariusz Szczygieł
2010-03-02, ostatnia aktualizacja 2010-03-02 18:25

Ryszard Kapuściński
Ryszard Kapuściński
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta

Za ten reportaż w 1956 roku, na fali Październikowej Odwilży, Kapuściński otrzymał swoją pierwszą nagrodę - Złoty Krzyż Zasługi.

Jak twierdzi dociekliwy badacz twórczości Ryszarda Kapuścińskiego Kazimierz Wolny-Zmorzyński, aby młody reporter przestał zajmować się niewygodnymi dla władzy tematami w kraju, redakcja wysłała go w świat.

W 1956 r. Kapuściński wyjechał do Indii, odwiedził także Afganistan i Pakistan. W Dehli czuł się zagubiony, nie mógł z nikim porozmawiać, bo mówił tylko po polsku. Na lotnisku w Rzymie kupił "Komu bije dzwon?" w języku angielskim, a w walizce miał słownik. Tak poznał angielski.

W następnym roku pojechał do Japonii i Chin.

Kiedy w 1957 r. znalazł się w Pekinie, w kraju nastąpił odwrót od gomułkowskiej odnowy. Redakcja "Sztandaru Młodych", popierając ideę Października '56, stanęła w obronie rozwiązanego, rewizjonistycznego - zdaniem władz - tygodnika "Po prostu". Za karę odwołano kolegium redakcyjne "Sztandaru". Część zespołu odeszła z pracy, a część czekała na decyzję Kapuścińskiego. Chcieli od niego usłyszeć: mają odejść z redakcji czy w niej zostać?

Reporter zgłosił się do ambasadora PRL w Chinach i zakomunikował, że wraca do Polski. Podjął decyzję na własną rękę, dlatego nie otrzymał pieniędzy na zakup biletu lotniczego. Przez dziewięć dni podróżował więc koleją transsyberyjską. Opisze tę podróż po 35 latach w "Imperium".

Odszedł ze "Sztandaru". Był początek 1958 roku. Dziesięć miesięcy spędził w redakcji Polskiej Agencji Prasowej, potem Dariusz Fikus zaproponował mu etat w "Polityce". Przez cztery lata Kapuściński jako reporter tego pisma jeździł po kraju.

Jeden z jego reportaży opowiadał o górnikach, którzy przewozili na Mazury trumnę z ciałem kolegi, zabitego w tragicznym wypadku. Gdy ciężarówka się zepsuła, zdecydowali sami nieść dalej trumnę. Autor towarzyszy im w tej niecodziennej wędrówce. Reportaż nosił tytuł "Sztywny".

Pod koniec 1961 r. miesięcznik "Dialog" wydrukował dramat pisarza i poety Bohdana Drozdowskiego pt. "Kondukt", którego treść uderzająco przypominała hitorię opisaną w "Sztywnym". Kapuściński i redakcja "Polityki" zarzucili Drozdowskiemu plagiat. Wywołało to burzę, nazwisko Kapuścińskiego nie schodziło z łamów prasy. O przyszłym autorze "Cesarza" pisano w tonie napastliwym, odmawiając mu nawet talentu. - Nie może być mowy o plagiacie, ponieważ reportaż jest tylko rozbudowaną infomacją, z której pisarz może czerpać - twierdzili obrońcy Drozdowskiego.

Spór usiłował zakończyć werdykt Zarządu Głównego Związku Literatów Polskich, podpisany przez prezesa Jarosława Iwaszkiewicza, w którym stwierdzono, że "temat nie może być przedmiotem wyłączności autora".

Debata prasowa, jaka rozgorzała wokół tej sprawy, zwróciła uwagę na nowy gatunek: reportaż literacki. Była to pierwsza próba jego nobilitacji. - Uświadomiono sobie - wspomina dziś Kapuściński - że reportaż literacki należy do literatury i nie należy go sprowadzać do gazetowej informacji, którą można dowolnie wykorzystać.

Jednak aby doszło do takiej konstatacji w środowiskach literackich, trzeba było - jak mówi autor "Sztywnego" - stoczyć merytoryczny bój.

Najlepsze reportaże Kapuścińskiego z "Polityki" ukazały się w książce "Busz po polsku" (1962). Krytycy pisali, że znów - tak jak w Nowej Hucie - zajrzał pod powierzchnię zdarzeń, tam, gdzie niechętnie zaglądali dziennikarze, zachłystujący się tempem socjalistycznych przemian.

Na początku lat 60. narodził się Trzeci Świat. Kongo, najbardziej nieznany i niedostępny kraj Afryki otrzymał niepodległość, ale zaraz przeżył bunt armii, belgijską interwencję, anarchię, histerię i rzeź. Wyrzucono stamtąd wszystkich socjalistycznych dziennikarzy, nie było szans na wjazd z polskim paszportem. Kapuściński nielegalnie, przez dżunglę przedarł się do Konga. Opisał to dopiero 18 lat później w "Wojnie futbolowej" (1978).

Między Polską a resztą świata



W 1962 r. z "Polityki" wrócił do PAP i został stałym korespondentem w Afryce. O narodzinach Trzeciego Świata pisał w "Czarnych gwiazdach" (1963) i "Gdyby cała Afryka" (1969). Od tego czasu o książkach Kapuścińskiego recenzenci napiszą więcej słów, niż zawierają te ksiażki.

Uważa, że jego książka "Jeszcze dzień życia" (1976) powstała tylko dlatego, że do Angoli nie chciał jechać żaden dziennikarz. Do Iranu pojechał dlatego, że bał się tam jechać inny kolega.

W Afryce zachorował na gruźlicę i malaryczne zapalenie opon mózgowych. W rezultacie na początku 1967 r. znalazł się w szpitalu w Warszawie. Wrócił do redakcji PAP.

W połowie 1967 r. wyjechał do siedmiu azjatyckich i zakaukaskich republik Związku Radzieckiego. Z tej krótkiej, trzymiesięcznej podróży powstała książka "Kirgiz schodzi z konia" (1968). Zamiast rejestrować setki faktów, zgłębiał psychikę mieszkańców. Recenzenci podkreślali, że powstała impresja o krajach postrzeganych dotąd monolitycznie jako "radziecka Azja". Impresja, w której każdy z krajów odzyskał swój odmienny wizerunek. W Gruzji Kapuściński dostrzegł szczególną cechę - zasiedzenie jej mieszkańców, którą przeciwstawił światowości Armenii. Azerbejdżan to kult uczonych, a Turkmenia - odwieczna relacja człowieka z pustynią.

Źródło: Gazeta Wyborcza