http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Przeżyć śmierć Gajki cz.5

Anna Bikont, Joanna Szczęsna
2011-03-09, ostatnia aktualizacja 2011-03-09 12:08

Jacek Kuroń i Adam Michnik w czasie jednej z dyskusji, jakie przez lata toczyli. Mieszkanie Kuroniów na warszawskim Żoliborzu, 1980 r.
Jacek Kuroń i Adam Michnik w czasie jednej z dyskusji, jakie przez lata toczyli. Mieszkanie Kuroniów na warszawskim Żoliborzu, 1980 r.
FOT. TOMASZ MICHALAK / FOTONOVA

Cykl reporterski "Gazety" - cz. 5. Pojawia się i inny sen. Gaja jest ze mną, ale ja wiem, że to cud, bo wiem, że Ona umarła. Z tym, że cud ten w pełni przyjmuję. Jest we mnie ogromna radość i z tej radości płaczę - pisał Jacek Kuroń z więzienia po śmierci żony

Jacek Kuroń w czasie mszy w warszawskim kościele św. Stanisława Kostki po wypuszczeniu więźniów politycznych, lipiec 1984 r.
Fot. Anna B.Bohdziewicz / REPORTER REPORTER
Jacek Kuroń w czasie mszy w warszawskim kościele św. Stanisława Kostki po...
Jacek Kuroń i Ewa Dobrowolska, siostra jego zmarłej żony Gai
Fot. Tomasz Michalak / FOTONOVA EAST NEWS
Jacek Kuroń i Ewa Dobrowolska, siostra jego zmarłej żony Gai
Dwutygodniowa przepustka, jaką dostał Jacek Kuroń po śmierci Gajki, kończy się w poniedziałek 6 grudnia 1982 r. Rankiem z torbą wyładowaną kartonami papierosów melduje się w areszcie na Rakowieckiej. Odprowadza go Ewa Dobrowolska, która przejmie obowiązki zmarłej siostry: będzie przygotowywała paczki i chodziła do niego na widzenia.

Tymczasem w celi czekają na Jacka listy pisane przez Gajkę w ostatnim miesiącu jej życia. Nie czuje się na siłach, by je czytać, ktoś je jednak czytał, bo mają stempel "ocenzurowano": "Jacku zdrowieję. Muszę wyzdrowieć, chcę wyzdrowieć, tylko ta droga taka długa" (3 listopada).

Tylko życie trwa zbyt krótko

Jacek do tej pory spędził w aresztach i więzieniach niemal siedem lat, można powiedzieć, że zdołał się już przyzwyczaić, teraz jednak wszystko jest inaczej, bo na jego powrót nie czeka w domu żona. Nie jest w stanie zasnąć bez proszków, opowiadać potrafi wyłącznie o Gajce, a czytać - tylko Pismo Święte. Zaczyna rozpaczliwe poszukiwanie wiary i Boga, próbuje uwierzyć w życie po życiu, w to, że Gajka gdzieś na niego czeka. Po całych dniach modli się, medytuje i pości. "Uznałem, że muszę uwierzyć już nie w miłość jako Boga, nie w prawo moralne, w które wierzyłem głęboko i mocno, ale po prostu zupełnie realnie w to, że spotkam Gajkę" - wspominał ten czas w "Wierze i winie".

W prośbie, jaką zaraz po przyjściu do więzienia wysyła do naczelnika więzienia, czytamy: "Proszę o wydanie mi z mego depozytu kawy neski. Na skutek okoliczności rodzinnych jestem obecnie w stanie głębokiej depresji i wydaje mi się, że parę łyków kawy pomoże mi przetrwać najgorszy czas. Zaznaczam, że neskę rozpuszczać będę w kawie wydawanej na posiłki".

Skoro nie może pisać do Gajki, pisze o niej. W wigilię wysyła wspólny list do brata i siostry Gajki Ewy oraz syna Maćka i jego żony Lisi: „Stałem się porażony śmiercią Grażyny we wszystkich sferach mego życia. Straciłem napęd. Żyłem tak jak żyłem tylko z nią i dla niej. Nie odważyłbym się doradzać nikomu naszego sposobu otwierania się na świat. Nie chcę zapytać, czy zmieniłbym nasze życie, jeśliby dane nam było je powtórzyć. Nie zapytam, boję się nawet myśli o zmianie czegoś, co stanowi dla mnie sacrum. Co chcę nieść w sobie nietknięte. Natomiast wiem, wiem na pewno, że tylko z miłości dwojga ludzi płynie siła miłości do ludzkiego świata. ( ) Noc wigilijna, zimno i ciemno za oknem. Światło i ciepło w nas, świątecznie. Jednak i tej świątecznej nocy wiemy, że miłość nie jest świętem. Jest pracą. Jest też bólem, strachem, gniewem, żalem, zgryzotą. Nie chcemy unikać tych ciężarów, bo to ciemność pozwala istnieć światłu, chłód - ciepłu, rozpacz - szczęściu. Już teraz, tutaj, wiem: »Miłość jest nieśmiertelna, to tylko życie trwa zbyt krótko «".

W ostatni dzień roku przychodzi na Rakowiecką kolejny list, na którym Jacek rozpoznaje pismo Gajki (odkłada go bez czytania) i drugi - zaadresowany innym charakterem. Nie patrząc na nadawcę, otwiera. Zaczyna czytać: "Wyzdrowiałam, jutro wychodzę ze szpitala". Kątem oka wyławia z tekstu nazwisko Marka Edelmana i coś chwyta go za gardło, a przez głowę przelatuje mu myśl, że oto stał się cud i Gajka jednak żyje. Potem dopiero zauważa podpis: "Joanna Szczęsna", uświadamia sobie, że przecież był przy tym, jak rozchorowała się na pogrzebie Gajki i Edelman zdecydował się zabrać ją do Łodzi, by położyć w swoim szpitalu, tym samym, w którym umarła Gajka.

„Widzisz - odpowiadał na list Joanny, współautorki tego tekstu - już 39 dni minęło od dnia jej śmierci, a ja wciąż do końca w nią nie uwierzyłem. Nie miałem pojęcia, że możliwe jest tak niewyobrażalnie długie docieranie do całego człowieka tak przecież prostej informacji: Gaja nie żyje. A tymczasem dziś, w 39 dniu, wciąż jeszcze nie wiem. To znaczy nie cały wiem, a może nie wszystko wiem. Niecały - to właśnie to, co opisałem Ci na wstępie niniejszego listu. Jakaś część mojego »ja « ucieszyła się, że Gajka wyzdrowiała i jutro (?!?) wychodzi ze szpitala. Tutaj właściwie cały czas o Niej myślę i wyobraź sobie, bardzo często jest mi dobrze. Dopiero nagle przychodzi myśl: już Jej nie ma i... paraliżuje mnie groza, ból, a po pewnym czasie wszystko zaczyna się od nowa" (1 stycznia 1983).

Musiałem kochać, żeby przeżyć

Ewa Dobrowolska opowiadała nam, że w czasie przepustki Jacek trzymał się jej kurczowo i nie chciał się ani na moment rozstać: - Należał do tych mężczyzn, którzy nie są w stanie wyobrazić sobie ani jednego dnia bez bliskiego, intensywnego związku z kobietą. Nie zniósłby uczuciowej pustki. Wyobraził więc sobie, że odtąd będziemy już zawsze razem, że będziemy ciągle rozmawiać o Gajce i w ten sposób codziennie ją wskrzeszać. Ponieważ oboje kochaliśmy ją, ona żyłaby z nami - na trzeciego - w tych naszych opowieściach.

W listach do Joanny Szczęsnej Jacek opisywał swoje sny, w których wspomnienia Gajki nakładały się na jego wyobrażenia o Ewie: "Tutaj właściwie cały czas o Niej myślę i wyobraź sobie, bardzo często jest mi dobrze. Dopiero nagle przychodzi myśl: już Jej nie ma i... paraliżuje mnie groza, ból, a po pewnym czasie wszystko zaczyna się od nowa. We śnie (bo śpię sporo, dostaję relanium i reladerum) śni mi się Gajka intensywnie noc w noc i nawet w każdym odcinku snu. Więc naprzód Gaja śniła mi się normalnie, coś tam razem robiliśmy. Po paru nocach wszystko było jakby tak samo, tylko ja jakbym się o nią bał i tylko na niej skupiał uwagę. To trwa wciąż, ale pojawia się i inny sen. Gaja jest ze mną, ale ja wiem, że to cud, bo wiem, że Ona umarła. Z tym, że cud ten w pełni przyjmuję, nawet się mu nie dziwię. Jest we mnie ogromna radość i z tej radości płaczę. Budzę się cały spłakany. Z tym ostatnim łączy się czasem Ewa. Widzisz, ja sobie z niej lepiłem Gajkę. Od pierwszej chwili. Kiedy jej nie było w pokoju, czekałem na nią z nadzieją, że zaraz wejdzie i będzie to Gaja. Zwracałem się do niej jak do Gai i wciąż jakbym oczekiwał, że okaże się być Gają. Więc w tylu ostatnich snach, szczególnie kiedy są takie w na pół jawie, ja tę Gaję chwilami podejrzewam, że jest Ewą. Myślę wtedy - no i co z tego - ważne, że jest. Pojutrze mam mieć widzenie z Ewą i co chwila łapię się na myśli, że to przyjdzie Gaja. Trudno zgadnąć, czy to samoobrona, czy przeciwnie samoudręczenie" (1 stycznia).

Jacek zawsze starał się być optymistą, chciał widzieć we wszystkim dobre strony, teraz też próbował nie poddawać się rozpaczy. "Okazało się, że to więzienie akurat teraz było mi bardzo potrzebne - tłumaczył Joannie Szczęsnej. - W czasie tych dwóch tygodni w domu starałem się zagłuszyć wszystko, co we mnie. Dlatego chciałem być wciąż w tłumie, z ludźmi. Wieloletni trening okazywania światu pogodnej twarzy swoje zrobił. Byłem nieomal wyłącznie zewnętrzny. Teraz przyszła pora, żeby to wszystko przeżyć. Przeżyć śmierć Grażyny. Żyję jakby całym życiem jednocześnie. Tamtym z Gają i tym bez niej, jestem więc szczęśliwy i to mnie bardzo boli. Czasem jest mi dobrze, bo myślę o Gai i choć wiem, że umarła, nie wiem, że jej już nigdy nie będzie. Czasem, bo zapominam, że umarła; czasem, bo lepię ją z Ewy. Czasem jest mi nieomal dobrze, bo godzę się na życie w okaleczonym świecie - jako że tym okaleczeniem jest Gaja we mnie. I wreszcie czasem tylko boli nie do wytrzymania, co nigdy nie trwa długo - układ nerwowy wyłącza się sam" (1 stycznia).

Jacek nie miał problemów z wyrażaniem uczuć, nie wstydził się ich, wierzył też chyba w terapeutyczną moc słowa. Joannę Szczęsną prosił, by przeczytała wszystkie ich listy i zaczęła o niej pisać. Zaproponował, by pytała go o wszystko, co dotyczy ich relacji, a on postara się odpowiedzieć na każde pytanie. Uspokajał ją, żeby się o niego nie martwiła, że on wszystko wytrzyma.

Dekadę później wspominał w "Spoko", że podczas poprzednich odsiadek nigdy nie czuł się tak do końca uwięziony, bo przecież na wolności była Gajka i on jakąś częścią siebie był razem z nią. To pozwalało mu przetrwać. Teraz został rozpaczliwie sam: "Musiałem ją jakoś wskrzesić, musiałem kochać, żeby przeżyć to zamknięcie. I zacząłem pisać listy do Ewy, siostry Gai. Była teraz najbliższą mi osobą, dzieliła mój ból. Kto nie został na świecie sam z miłością, której nie ma komu dać, ten nie rozumie, jaki to może być potworny ciężar. I nie rozumie, że nie sposób unieść go samemu. Pisałem więc listy do Ewy. Listy o miłości".

- Ja Jacka kochałam, ale tylko jako mojego szwagra. Główne uczucie do niego to było współczucie. Nie miałam jednak odwagi zburzyć jego iluzji o naszym wspólnym życiu z cieniem mojej siostry w tle. Przynajmniej póki siedział w więzieniu - komentuje to dziś Ewa.

W jednej sprawie gotowa była zastąpić Jackowi Gajkę, a nawet miała wielkie ambicje, by jej dorównać. Otóż chciała, żeby Jackowi w więzieniu niczego - o ile to możliwe - nie brakowało. Wydeptywała ścieżki do prokuratora, pułkownika Włodzimierza Kubali, przynosiła podania o dodatkową paczkę, witaminy, książki, a nawet - tort czy papierosy.

- Jacek nigdy nie lubił słodyczy, więc gdy przyszłam na widzenie w jego urodziny z tortem był chyba zły - opowiada nam. - Dopiero jak spróbował, docenił. To była prawdziwa bomba alkoholowa.

Jak to możliwe, żeby coś takiego przepuścili strażnicy? Jan Rulewski, który po raz kolejny dzielił celę z Jackiem, wspomina: - Pamiętałem z 1965 r., że strażnicy kroili wszystko, co było w paczce, poszukując grypsów. Potrafili złośliwie zwrócić ją, bo nie można było posyłać szynki, a oni boczek eksportowy poprzerastany uznawali za szynkę. Ale jeden oddziałowy, Jasio, tylko pilnował przepisów i nic więcej. Gdy w 1983 r. spotkaliśmy się znów z Jackiem na Rakowieckiej, oddziałowym znowu był on. Przychodziła do nas paczka, a on ją kroił, ostentacyjnie odwracając głowę, żeby nie widzieć, co w niej naprawdę jest. Można było przy nim przemycić wszystko. Ten Jasio to był barometr przemian ustrojowych.

Ewa opowiada nam, że Kubala właściwie wszystko jej podpisywał: - Znalazłam długopis, którego ślad po kilku godzinach znikał. Jak tylko wychodziłam od prokuratora szybko dopisywałam jakieś rzeczy, na przykład fajkę, tytoń, papierosy albo że paczka ma mieć 5 kilogramów. I szybko biegłam z tym na Rakowiecką. Kiedyś na bramie nie chcieli przyjąć paczki, naczelnik więzienia zadzwonił do prokuratora, ale ten potwierdził, że wszystko jest OK.

Rulewski pamięta, że widział w celi Jacka płaczącego, że zdarzało mu się zapadać w sobie, milczeć, patrzyć w sufit. Karol Modzelewski, który siedział z Jackiem w lipcu 1984 r., krótko przed uwolnieniem wszystkich więźniów politycznych, był przerażony jego stanem: - Nie sposób było z nim wytrzymać, miał nieustający słowotok.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1