Niech punktem wyjścia w mojej opowieści będzie to, że znałem Jacka Kuronia, bywałem w jego mieszkaniu na Żoliborzu, a on bywał w moim niewielkim mieszkaniu w Białymstoku. Mieszkanie naprawdę niewielkie. Drugie piętro, trzydzieści parę metrów, pokój z kuchnią, dokładnie nad dawną restauracją "Grodno" przy ulicy Sienkiewicza w Białymstoku. Był rok 1976. Koniec lata. Może nawet już wrzesień. Jacka wzięto w kamasze i wysłano do jednostki do Białegostoku. Dlaczego tak się stało i dlaczego tutaj? Trudno powiedzieć. Po wydarzeniach czerwcowych, ówczesna władza już coś czuła, były pogłoski o tym, że tworzy się KOR. Więc żeby nie krzyczał za głośno, wysłali go do wojska w Białymstoku. Jak dostawał przepustkę, to przychodził do naszego mieszkania. Były to niezapowiedziane wizyty. Nie było ich wiele, niewiele z nich pamiętam. Był może trzy, może cztery razy. Kiedy wpadał zazwyczaj nie było innych ludzi. Razem z żoną nie chcieliśmy spraszać specjalnie, bo to nie było bezpieczne. Można było mieć nieprzyjemności w szkole, w pracy. Więc wpadał tak na godzinę, dwie. Strasznie śmiesznie wyglądał w tym mundurze. O czym rozmawialiśmy? O Polsce, jakkolwiek to patetycznie zabrzmi. O tym, co się działo. A nie działo się najlepiej. Sytuacja była podła.
***
Żona znała Kuronia jeszcze przed 1968 rokiem. Po jego wyjściu z więzienia pojawialiśmy się w mieszkaniu Kuroniów na Żoliborzu. Miałem okazję poznać jego żonę - Gajkę. Ojca słyszałem raz przez ścianę, był ciężko chory, nie wstawał z łóżka. Maćka z tamtych lat nie pamiętam. I tak kilka razy tam byliśmy. Pamiętam jego dynamizm. Jacek był taki, że ciężko było mu odmówić. On miał dar namawiania ludzi do działania.
Kiedy był w tym białostockim wojsku, odwołał się do generała Jaruzelskiego. Napisał do niego mniej więcej taki list: "Ja, szeregowiec Jacek Kuroń, magister historii, przeciwnik ustroju panującego w Polsce, zwracam się i powołuję się na swoje zawały ". Pisał dwa razy. Za pierwszym nie zostało to uwzględnione z przyczyn formalnych. Ależ ta władza była czasem śmieszna. Przyczyny formalne to były takie, że kartka, na której pisał, była pomięta. On miał tutaj dość śmiesznie. Bo wojsko w tamtych czasach było nieco opozycyjne również. Sprzyjano mu. Nieraz mógł wyjść do miasta, choć inni nie dostawali przepustek. Stworzyli mu jakieś godne warunki. Nie wiem, czy nie z tego powodu dowódca jednostki został odwołany, dwa tygodnie przed wypuszczeniem Jacka.
Ale to nasze mieszkanie - nie tylko bywał w nim Jacek Kuroń. Bywał Redliński, Kazanecki, Włodzimierz Pawluczuk, szereg opozycjonistów się zjeżdżało. Część "miejscowych" przychodziła z sympatii dla tego sposobu działania, część z ciekawości.
Byliśmy młodzi, wiadomo. Pełni marzeń, ideałów. Pełni nadziei. Wiedzieliśmy, że te nasze spotkania nie są bezpieczne. Było kilka sytuacji dość nerwowych. Były przesłuchania, rewizje, straszenia.
Pokój z kuchnią, gdzie od rana do rana tłoczyła się masa ludzi. Miałem wrażenie, że niektórzy nie wychodzili, wtopili się w tę przestrzeń i tak trwali. Dzisiaj to wspominam jak spanie pod namiotami czy autostop. Rozmowy - o wszystkim, nie tylko o Polsce. Takie nocne gadu-gadu. Bywała u nas Agnieszka Holland, Krzysztof Kieślowski. Znałem ich, bo pracowałem w kinematografii. Krzysztof bywał tu kilka razy.
To mieszkanie nie jest już naszym mieszkaniem. Żona z córką wyjechały do Kanady, chwilę przed odzyskaniem wolności. Wówczas uznaliśmy, że to dobrze i dzisiaj, choć nie jesteśmy już małżeństwem, uważam, że to była dobra decyzja. Gdyby została, pewnie wplątałaby się w politykę.
***
Warszawskie spotkania u Kuroniów pamiętam lepiej, Gaja była kontrapunktem. Serdeczna, zawsze uśmiechnięta, a on kapral. Tam rozmawiało się tylko o Polsce, co warto zmienić, jak zmienić. Dzisiaj mnie irytuje, jak czytam polityków, którzy w latach 70. wszystko wiedzieli. Wiedzieli, że nie będzie komunizmu, że Związek Radziecki się rozwali. Nic oni nie wiedzieli. To były tylko marzenia. Myślałem, że może moje dzieci, a może dopiero wnuki dożyją tych lepszych czasów. Nikt nie wiedział i mało kto wierzył, że to się stanie tak szybko, za naszego życia. Nie chodziło tak naprawdę o walkę z komuną, tylko o walkę o naszą godność, żeby skończyło się wreszcie to upodlenie, te kolejki. Pamiętam taką sytuację dość anegdotyczną. Marka Kusibę, poetę, odwiedził dziennikarz, kolega z Holandii. Szliśmy Sienkiewicza, stała kolejka. Dla nas chleb powszedni. Ten Holender zapytał, co to jest, a Marek bez zastanowienia powiedział: "Bo tu dają mięso". Ten obcokrajowiec na to: "To ja wolałbym kupić, niż stać w tej kolejce, żeby dostać". Wtedy zrozumiałem, że to co się dzieje w Polsce, jest zupełnie niewytłumaczalne dla cywilizowanych ludzi. Nie wiedzieliśmy, jak mu powiedzieć, o co chodzi.
Czy Jacek Kuroń wierzył w wolną Polskę, że nadejdzie taki dzień, że nie będzie tych kartek, kolejek, będzie wolność słowa, demokracja? Każdy bardzo chciał, żeby tak się stało, on też, ale na pewno nie liczył, że tego doczeka. On był taki, że do wszystkiego dochodził krok po kroku. Jego hasło: nie palmy komitetów, stwórzmy nowe, swoje. Nie chciał krwi, nie chciał rewolucji. Dzisiaj go brakuje. Nawet takiego schorowanego, takiego na wózku. Może by huknął, może by komuś coś powiedział. Może przywołałby do porządku swego dawnego przyjaciela Antka Macierewicza. Mało kto wie, że byli przyjaciółmi. Kilka razy, kiedy odwiedzałem Jacka, mijałem się z Macierewiczem, ale nigdy go nie poznałem. Pan Bóg czuwał, bo dziś to nieznośny człowiek.
***
Gdyby Jacek żył, to jestem przekonany, że poszedłby pod ten krzyż przed pałacem prezydenckim, rozmawiałby z tymi ludźmi tyle czasu, ile byłoby trzeba i sprawa zostałaby zakończona. Jestem o tym przekonany.
Dziś na scenie politycznej jest Palikot, Kaczyński, Niesiołowski. Każdy z nich ma oczywiście swoje racje, ale to nie jest Jacek Kuroń. Nie ma jego osobowości, charyzmy. Pocieszające jest to, że jego opcja wygrała. Żyjemy w takiej Polsce, o jakiej marzył, ale z drugiej strony za nią przepraszał, bo nie do końca jest tak, jak być powinno. Ilu polityków się dzisiaj przyzna do błędów? On miał odwagę, bo życie zweryfikowało jego ideały i marzenia.
***
Życie Jacka skończyło się za szybko, ale skończyło się pięknym pogrzebem. Jacek jednoczył wokół siebie ludzi. Na mszy żałobnej, która była odprawiona w okolicach jego domu, w parku Żeromskiego na Żoliborzu, przyszło mnóstwo ludzi. Oni w innych okolicznościach by się nie spotkali. To był cud. Przyszli artyści, dziennikarze, politycy, przedstawiciele organizacji pozarządowych.
Jacka nie ma, ale pozostał po nim ten, jak to ktoś kiedyś powiedział, "szesnastomiesięczny karnawał Solidarności".
Ja nie wstąpiłem do Solidarności w wolnej Polsce, chociaż zakładałem ją w 1980 roku. To było już zupełnie coś innego. Jak już było po wyborach, to zaczęły się wojny na górze.
Demony się obudziły. Jak dziś ktoś mówi: Adam Michnik z Antonim Macierewiczem, nie chce się wierzyć. Ale tak, to była bliska współpraca.
Dzisiaj, jak ktoś mówi, że to niepotrzebne, że zmarnowane lata, że Mazowiecki to żółw. Jest mi przykro.
Jacek Kuroń wiedziałby, co zrobić dzisiaj. Zacząłby od porządków na górze. A ten bałagan rozpoczął się już po 1989 roku. Pamiętam, byłem na wiecu wyborczym Wałęsy. Była sobota. Zebrał się tłum robotników, niektórzy trochę już wstawieni i Wałęsa zaczął fatalnie, choć dla nich się podobało. "Ja bym tych wszystkich Wajdów, Geremków, Michników przełożył przez kolano ", a tłum się cieszył z takich słów. Było mi wstyd. A moje pokolenie nie jest lepsze. To bracia Kaczyńscy. No cóż, mogę tylko przeprosić za moje pokolenie.
W tym roku po raz pierwszy wygrałem wybory prezydenckie. Za pierwszym razem Mazowiecki przegrał, później Jacek Kuroń przegrał, Olechowski przegrał, Tusk przegrał. Po raz pierwszy wygrał mój prezydent. Warto było czekać. Ale czy na pewno?
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok