Z lęku przed utratą pracy, z biedy, wskutek powszechnego bezrobocia, by utrzymać etat - godzą się na wszystko. Piszą wprost o niewolnictwie. I definiują, kim jest niewolnik XXI wieku: najtańszą siłą roboczą wyzyskiwaną jak w XIX--wiecznym kapitalizmie, częściej kobietą, zwykle samotnie wychowującą dziecko albo po rozwodzie; wykształconą, ale bez szans na pracę we własnym zawodzie. Także mobbingowaną pracowniczką korporacji bez szansy na awans. Częściej mieszkanką wsi lub niewielkiego miasta z dużym bezrobociem. Pracową imigrantką bez socjalnego zaplecza. To kilka wypowiedzi z zakładowego forum fabryki wiązek:
'Nie czujesz się jak murzyn? A ja tak. Kobieta i murzyn w jednym. Na karuzeli jest ciężka orka i każdy, kto tam pracuje, o tym wie. Do tego dochodzi dźwiganie ciężkich przewodów, brak czasu na WC, utrudnianie pójścia na urlop, bo obsada coraz mniejsza, a normy coraz większe. Poza tym te płace... Czy musimy się godzić na wszystko, bo to
Polska??? Jeśli zakład byłby w Niemczech czy Finlandii, to pensja musiałby wynosić 1300 euro, a nie 1300 zł, czyli 300 euro - smutne to i poniżające dla ludzi, którzy mają jakąś swoją godność'.
'A ogólnie to na karuzeli zap... jak woły, tam nie ma czasu na baje, bo tablica odjedzie, biegają jak szaleni. Do tego traktuje się ich jak zwierzęta w klatce, zabrano im krzesła. Pytam: dlaczego? Nikt, siedząc na nich, nie zbijał bąków, tylko pracował, oklejając kostki albo dopinając je do kabli. Tam nie ma czasu na odpoczynek. Coraz mniej ludzi na stanowiskach, nie wyrabiają się w podzespołach, ciągle się spieszą, co później da się odczuć w błędach i reklamacjach. Pierwsza zmiana tam to ciągły stres. Nie dość, że czas ich goni, to jeszcze strach, że przyjdą i będą się czepiać. Podobno w piątek na nocce zasłabła tam dziewczyna i nawet nie było jej na czym posadzić!'.
'Sytuacja, która zaistniała szczególnie na karuzeli i AP1, to obłęd. Ludzie nie mają czasu odpocząć, bo ciągle są zmuszani do ciężkiej pracy, nawet w soboty i niedziele oraz święta. I co, mają się cieszyć z tego, że wezmą kilka groszy więcej za taką harówkę? Do tego dochodzi jeszcze fatalna atmosfera, jaką wprowadza kierownik D., ciągłe groźby, że »jak się komuś nie podoba, to za bramę, do widzenia! «. Podniesiony głos i kretyńskie pomysły, bo co jeden, to lepszy, powodują, że odechciewa się człowiekowi dosłownie wszystkiego'.
Norma: 510 minut na wiązkę W tej właśnie fabryce wiązek pracuje Kinga. Od dwóch miesięcy. Przez pierwszy tydzień, wracając do domu, płakała. Po co jej elitarne
studia, skoro jest teraz tym, kim jest? Jeszcze się nie przyzwyczaiła. W życiu totalny chaos. Wróciła z nocnej zmiany. Jest 10 rano. Dziecko klei się do niej się stęsknione, ale ona przekazuje je swojej matce. Wkłada piżamę. Najpierw spać czy najpierw coś zjeść? Bo 20 godzin temu zjadła bułkę. W nocy nie je, w dzień odsypia.
Nogi spuchnięte. Zawroty głowy, szum w uszach. Na palcach rozognione rany. Jeszcze czuje w kręgosłupie te 30 kilo kabli, które musiała zawlec ze stołu do kartonu. I tempo. Norma 510 minut na jedną wiązkę. Długie kable - dwa i pół metra. Do nich trzeba podpiąć 65 mniejszych wiązek. Te z kolei podłączyć do kostek. Wszystko według wskazań komputera. Na uszach słuchawki z muzyką, bo o czym gadać, kiedy człowiek ledwo się wyrabia. A poza tym nigdy nie wiesz, kto podłoży świnię. Na jedno miejsce w fabryce czeka już kilku innych. Nie wiesz, czy przejdziesz okres próbny, nie wiesz, czy zdasz egzamin, czy podpiszą umowę na kolejne trzy miesiące, czy uda się przepracować chociaż rok, bo wtedy już należy ci się zasiłek
Nad głową kołysze się lampa. Ostatni audyt wykazał, że grozi wypadkiem, źle zawieszona, może spaść na głowę. Kinga mogłaby odmówić pracy w tych warunkach, dopóki nie naprawią. Ale nie odmawia, a oni nie naprawiają. Przez osiem godzin stoi, bo tak jest zorganizowane stanowisko pracy, że siedząc, nie widzisz dokładnie tego, co jest na ekranie komputera, a musisz widzieć. Ma 20 minut na kawę z automatu, na papierosa i siku. Czasami te 20 minut skraca do 10. Człowiek nie może być szybszy od maszyny, a tego wymagają wyśrubowane normy. Komputer, blaszany stół, gniazdka, zwoje kabli. Duszno. Monotonny szum. Brygadzista zabrał wentylatory. W hali prawie 30 stopni.
Dwa dni wcześniej 42-letnia kobieta upadła przy stole. Udar. Dzień później nie żyła. Tydzień wcześniej na koleżankę obok spadła podwieszona pod sufitem krata. Rozbita głowa, krew, pogotowie. Koleżanka szybko wróciła do pracy. Bała się, że nie zapłacą za zwolnienie. Tak jak nie chcieli zapłacić innej, która poroniła w drugim miesiącu ciąży. Zabrakło jej tygodnia do końca okresu próbnego. Powiedzieli, że jej się nie należy... Mogłaby iść do sądu. Ale w fabryce pracuje też jej mąż. On nie może stracić etatu...
Ta, która miała udar, była magistrem resocjalizacji. Ta, która poroniła, jest magistrem psychologii. A Kinga - socjolożką, absolwentką renomowanego uniwersytetu. I, jak mówi, tutaj, przy produkcji, co druga kobieta ma studia wyższe. I tylko kobiety pracują w systemie trójzmianowym - na nocną zmianę. Dlaczego? Jak mówi brygadzista - są bardziej akuratne, dokładne. Ale Kinga wie, że to bajer. Bo gdyby tak było, to właśnie kobiety dostałyby więcej pieniędzy. A nie dostają.
Ten numer mam po znajomości Mężczyźni się nie godzą na pracę na trzeciej zmianie, a kobiety tak, za 900 zł na rękę. Zwłaszcza wtedy, gdy mają, jak ona, na utrzymaniu dziecko, spłacają kredyty, klepią biedę po rozwodzie, jeszcze się uczą. Mogłyby inaczej? W promieniu 100 km nie udało się jej znaleźć pracy. Całe Świętokrzyskie jest głodne pracy. Mogłaby wyjechać, ale nie chce zostawiać czteroletniej córki pod opieką schorowanej matki. W swoim CV, kiedy starała się o tę pracę, napisała o studiach socjologicznych na dobrym uniwersytecie, o biegłej znajomości hiszpańskiego i dobrej angielskiego, o swojej pracy w centrum pomocy społecznej i socjoterapeutycznej świetlicy. Nawet bała się, że nie będą chcieli zatrudnić kogoś takiego na stanowisku robotniczym. Ktoś jej doradził, by robiła jak inni - schowała dyplom do kieszeni, a do pracy zaniosła tylko świadectwo dojrzałości. Odwagi dodało jej towarzystwo koleżanki, która wcześniej pracowała jako terapeutka w Błękitnej Linii, ale kiedy zabrakło funduszy, starała się również o pracę w fabryce. Mało tego, czuła się wyróżniona, że ją przyjęto, kiedy tylu innych czeka na miejsce nawet rok.
To prawda, że przyjęto ją po znajomości. Ktoś właściwy we właściwym czasie zaniósł właściwej osobie podanie. Tak patrzy na to - jak człowiek w potrzebie. Ale gdyby ocenić sytuację z punktu widzenia socjologa, powiedziałaby, że to socjotechniki. Jest naganiacz, system zależności, znajomości, uwikłanie. Kiedy znajdujesz się w takiej sieci, nie będziesz się buntować, bo jesteś zobowiązana do lojalności. A potem wpadasz w system, w którym jesteś trybikiem. Dają ci numer, pięciocyfrowy. Nie masz imienia, nazwiska. - Mogliby wytatuować nam te numery jak w obozie koncentracyjnym - mówi ktoś. Odpowiada mu cisza. Brygadzista klnie i szantażuje pracowników utratą pracy. Nie czujesz się pewnie, bo każdy ma kogoś, kogo chciałby wepchnąć na twoje miejsce. Po hali krążą pogłoski o planowanych kolejnych zwolnieniach.
W pośrednictwie pracy wiszą nowe oferty - na stanowiska, z których właśnie mają zwalniać. Kto w takiej sytuacji będzie krzyczał o podwyżkę, wygodniejsze stanowiska pracy czy złagodzenie norm? Nawet związkowcy wyciszają nastroje, podając argument: 'A co będzie, jeśli Niemcom, którzy są teraz właścicielami fabryki, przestanie się opłacać produkcja tutaj? Jeśli zlikwidują jedyny w mieście zakład, bo znajdą kogoś tańszego?'. Wolność w najprostszym rozumieniu to faktyczna możliwość podejmowania wyboru. Czy Kinga ma wybór? Może pracować w fabryce albo nie pracować. Bez prawa do zasiłku. I wtedy wspólnie z matką się zastanawiać, ile można wycisnąć miesięcznie z tysiąca złotych jej emerytury na nie obie i na dziecko. Tak to widzi.
Drenaż, dwór i reset - W korporacji zarobisz lepiej niż gdzie indziej. Ale już od początku musisz sobie zdawać sprawę, że to pułapka. Z korporacyjnym etatem łatwiej uzyskasz kredyt na mieszkanie lub samochód. Dostaniesz służbowy telefon. Abonament w dobrej lecznicy, darmowe kursy języka obcego, miejsce na parkingu, jeśli jesteś w hierarchii odpowiednio wysoko. Dostaniesz też swoje biurko w openspejsie, komputer i czip, który pozwoli ci przejść przez elektroniczną bramkę. Masz także szanse na szybki awans, jeśli wiesz, jak to robić i nie czujesz skrupułów przed "chodzeniem po trupach". Musisz tylko zaakceptować fakt, że korporacji sprzedajesz wszystko. Włącznie ze swoim życiem osobistym. Stajesz się niewolnikiem - mówi Agata, była pracowniczka HR w dużej korporacji, od roku bezrobotna.
Przeżyła mobbing, leczy depresję. Przyznaje, że jeszcze za duże w niej emocje, by mówić o tym spokojnie. Jak opisać ten rodzaj zniewolenia? - Zacznijmy od stażystów. Masz staż, czyli pięć godzin pracy dziennie za plus minus 1000 zł, po odliczeniu podatku 800 do ręki, ale tak naprawdę siedzisz w biurze 8, 10, 12 godzin i robisz wszystko, co ci każą. Najgorzej, kiedy pracujesz w openspejsie i masz nad sobą kilku kierowników. Dają polecenia. Czasami kolidujące ze sobą. I w zamian za dobrze wykonaną przysługę dodatkową obiecują przedłużenie stażu, możliwość etatu. Masz napisać za nich pismo, wymyślić koncepcję, biec po
obiad, kawę, kanapkę. Najlepiej kupioną za własne pieniądze. Szef, który zarabia 34 tysiące miesięcznie, mówi: 'Daj mi 5 zł na parking, bo nie chcę wyciągać z bankomatu. Wiesz, jak to jest, zaraz rozmienię i wydam od razu'. Albo wydaje polecenie: 'Kup cukier, bo się skończył'. Też za swoje, bo dla niego te kilka złotych to drobiazg, więc zapomina oddać. Albo mówi: 'Nie chce mi się iść samemu na obiad, chodź ze mną'. I oczywiście idzie nie na zupę w stołówce za 8 zł, tylko na
sushi za 40. Nie warto się stawiać, bo nic nie zwojujesz. Ale też nie daj znać po sobie, że bardzo zależy ci na tej pracy.
- Dlaczego nie możesz? To nielogiczne.
- Logiczne. Kiedy masz dziecko na wychowaniu, w domu chorobę, kłopoty finansowe, kredyt - jeszcze bardziej zależy ci na pracy. Bo już nie zarabiasz na waciki, tylko od tej pracy zależy twoje życie. Korporacja ma na ciebie haka. Wie, że zrobisz dla pracy wszystko, i skwapliwie to wykorzysta.
Iwona to inna ofiara korposystemu. Mąż zostawił ją z dwójką dzieci i domem w remoncie. Niepotrzebnie o tym komuś powiedziała. Rozniosło się. Stała się własnością szefowej. Praca od 9 do 23 bez dodatkowych pieniędzy i odbierania nadgodzin. Funkcja damy do towarzystwa. Wspólne wypady po zakupy. Szefowa kupuje bluzkę w Max Marze za dwa tysiące, ona zupełnie niepotrzebną apaszkę za stówę. Tylko dlatego, że szefowa czułaby dyskomfort. No i najważniejsze - zawsze musi powiedzieć przełożonej komplement.