Kobiety nie upominają się o podwyżki tak jak mężczyźni. Nie przyjmują trudnych zadań - mówi Anna Firsowicz Ponad 20 lat mieszkasz w Ameryce, masz 44 lata. Odczuwasz presję, że tylko młode i piękne kobiety mają szansę na sukces? Nie. I nie zamieniłabym się z 20-latką. Mam dużo ciekawsze życie zawodowe i prywatne niż 20 lat temu.
Nie czujesz się już nieatrakcyjna? Jestem bardziej wysportowana, a to dla mnie znaczy młodość. W ogóle nie przeszkadzają mi zmarszczki i siwe włosy.
Nie odczuwasz w swoim środowisku presji, by wyglądać jak 20-letnia laska? Nie, ale to specyfika mojego zawodu. Architekt jest jak wino, potrzebuje lat dojrzewania. Frank Gehry [amerykański architekt pochodzący z kanadyjskiej rodziny polsko-żydowskiej, jeden z głównych przedstawicieli dekonstruktywizmu, laureat Nagrody Pritzkera z 1989 roku, zaprojektował m.in. ''tańczący dom'' w Pradze] zabłysnął po sześćdziesiątce!
Nie mam potrzeby odmładzania się np. za pomocą zabiegów. Ale odczuwam presję, zewnętrzną i... wewnętrzną, żeby mieć wysportowaną sylwetkę. To kojarzy mi się ze świetnym samopoczuciem i zdrowiem. Wysportowana to jednak nie znaczy anorektyczna. W moim środowisku, w pracy i wśród znajomych, stawia się na intelekt, liczą się doświadczenie i kreatywność, ale wszyscy uprawiają jakieś sporty. I nie ma otyłych.
Ani jedna z moich koleżanek w pracy (na blisko 60) nie ma pomalowanych paznokci, wymyślnej
fryzury. Malują się dyskretnie, ubierają się zależnie od upodobań - od kostiumu i szpilek po dżinsy. Jest to praktyczne, bo idąc na budowę, trzeba nałożyć buciory i kask, a na spotkanie z klientem - żakiet. Jakiś czas temu wyprodukowano lalki Barbie profesjonalistki. Jest też architektka - w czerwonym kostiumie, szpilkach, w kasku. Tak to my chodzimy na przyjęcia. Bez kasku, oczywiście.
Zauważyłam, że kobiety spoza mojego środowiska zawodowego bardzo się starają, żeby wyglądać młodo. Chodziłam kiedyś do klubu sportowego przy hotelu Ritz. Większość kobiet, a nawet dziewczyn miała operacje piersi. Często rozmawiały o zabiegach: botoks, odsysanie tłuszczu, usunięcie żyłek na nogach. Podsłuchałam, że najlepsze efekty są wtedy, gdy zaczniemy się naciągać i wyrównywać, nim cokolwiek nam się pomarszczy czy opadnie, czyli gdy jest się młodą.
Boże! Jak trafiłaś do takiego miejsca? Zaprosiła mnie tam znajoma prawniczka. Po urodzeniu dziecka chciała wrócić do formy. Większość członków musiała należeć do klasy zamożnej, bo opłaty były wysokie. Czułam się tam jak w filmie. Fascynowały mnie kobiety, które przed wejściem do sali ćwiczeń poprawiały makijaż. Pewnie część liczyła na nawiązanie atrakcyjnych znajomości. Ale byli też tacy jak ja, którzy tylko chcieli wypocić stres. Zauważyłam, że wiele kobiet nigdy nie pokazuje się bez makijażu na ulicy. Jedna z koleżanek długo nie chciała umówić się ze mną na basen. Wreszcie zadzwoniła rozradowana, że możemy iść, bo kupiła świetną wodoodporną mascarę. Jest też inna grupa dziewczyn, które wykorzystują dojazd do pracy na makijaż. W autobusie czy metrze wyciągają lusterko, kosmetyki i robią się na bóstwo. Najlepsze są te z maszynkami do podkręcania rzęs. To z reguły młode kobiety. Starsze czytają gazety.
Film ''Miss Representation'' pokazuje, że amerykańskie media traktują kobiety jak byle co. Np. o Madelaine Albright mówią ''tłusta kretynka'', o Hillary Clinton - ''suka'' albo że wygląda jak słoń Dumbo. Pytają kandydatki na prezydenta, czy zrobiły lifting, powiększyły piersi. Komentują, że kobiety nie nadają się na prezydenta, bo mają napięcie przedmiesiączkowe i huśtawkę nastrojów. Albo kandydatkę na prezydenta opisują poprzez rozmiar ubrania (''demokratka Geraldine Ferraro, rozmiar 6''). O Sarah Palin mówili, że ''nadaje się do masturbacji''. U nas to nie do pomyślenia! Poważne media nie pozwalają sobie na takie komentarze. Seksistowskie uwagi są tępione w
USA. Ale oczywiście są. Przez moje środowisko będą odbierane jako brak poważnych argumentów. Fakt, nigdy nie słyszałam, żeby Obamę ktoś pytał, czy sobie coś powiększał. Natomiast zarówno on, jak i poprzedni prezydent mają wielu przeciwników. Media bardzo krytykowały mężczyzn, którzy pozwolili sobie na zdradę, np. Clintona, Schwarzeneggera czy DSK. Obecny prezydent natomiast podoba się kobietom, mówią, że jest ciacho i że ma zgrabny tyłeczek. O jego kontrkandydacie Johnie McCainie mówiło się, że to stara pierdoła.
Czy rozmawiasz ze znajomymi, że w amerykańskim kongresie jest tylko 17 proc. kobiet (u nas w Sejmie 24 proc.), że najważniejsze media są rządzone przez mężczyzn? Że prawie nie ma kobiet reżyserów, że filmy są głównie o mężczyznach, a nie o kobietach? Że w wielkich i małych korporacjach nie ma kobiet w zarządach albo jest ich bardzo mało? Nie. Ale Amerykanie mało rozmawiają o polityce. Wiele osób, szczególnie kobiet, zaskoczy ten mierny wynik i daleka pozycja Ameryki w równouprawnieniu kobiet i mężczyzn. Podobnie jest z prywatnymi firmami - niewiele kobiet dociera na szczyt. To się jednak zmienia. Wiele korporacji promuje i doszkala kobiety - Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy już zatrudniają kobiety na wysokich stanowiskach, łącznie z główną szefową.
A jak to wygląda w twojej firmie? Zauważyłam, że ostatnio moja firma zatrudnia więcej kobiet. Zapytałam kiedyś, czy to dlatego, że można im mniej płacić. Oficjalna odpowiedź była, że są lepsze, a opłacane są tak samo jak mężczyźni. Tego, niestety, sprawdzić nie mogę. Na moim poziomie architektów prowadzących projekty jest pewnie tyle samo mężczyzn i kobiet. Ale tu się kończy równouprawnienie. Wśród architektów seniorów mamy siedmiu mężczyzn i jedną kobietę. Tak samo na poziomie partnerów - chyba jest 9 do 1. Nie podoba mi się to i nie widzę logicznego wytłumaczenia. Nie wiem, czy w mojej firmie kobiety są opłacane na równi z mężczyznami. Statystyki mówią, że nie i że najczęstszą przyczyną jest to, że kobiety nie upominają się o podwyżki tak jak mężczyźni. Są też mniej pewne siebie. Wiele nie przyjmuje trudnych zadań, gdy czują, że mają za małe doświadczenie. Mężczyźni nie mają takich problemów. Te kobiety, które się pną, często przyjmują styl ''męski''. Dwie najwyżej stojące w mojej firmie kobiety potwierdzają tę teorię. Rok temu pierwszy raz w swojej karierze poprosiłam o przeniesienie do innego projektu, bo nie byłam w stanie pracować z jedną z nich. Też chcę kiedyś być na wysokim stanowisku, ale nie chcę być wiedźmą i mieszkać w pracy. Ale to się zmienia. Na biurku mojego głównego szefa stoi zdjęcie jego dzieci. Trzy córki, jedna z nich zapewne przejmie kiedyś tę firmę.