Piotr Pacewicz: Wyobraźmy sobie, że jest pani jednoosobowym parlamentem i może uchwalić dowolną ustawę. Mogłaby pani zmienić całą politykę społeczną
Irena Wóycicka: Powszechne jest przekonanie, że przyjęcie ustawy rozwiązuje problem. Tymczasem kwestie, które mnie zajmują - starzenie się, polityka rodzinna, pozycja kobiet, przeciwdziałanie wykluczeniu - wymagają zmian świadomości, na co trzeba czasu. Łatwiej uchwalić ustawę, trudniej zrealizować jej cel.
Na przykład?
- Choćby reforma emerytalna. Wydawała się odpowiedzią na starzenie się ludności i dobrym pomysłem na zachowanie stabilności finansowej w czasach, gdy w społeczeństwie rośnie liczba tych, którzy skończyli już pracować. Miała dać każdemu sprawiedliwą emeryturę zależną od tego, ile sam odłoży.
Dziś jeden emeryt przypada na czworo potencjalnie pracujących. W 2035 r. będzie niemal jeden emeryt na jednego pracującego! Może dożyję tych czasów, ale nie wiem, czy warto.
- Twórcy reformy uznali racjonalnie, że trzeba pobudzić aktywność zawodową. Zakładano, że każdy z nas, wiedząc, że wysokość emerytury zależy od jego wysiłku, będzie intensywnie i długo pracować. Ale to nie zadziałało.
Przeciw wydłużaniu okresów pracy zawodowej jest wciąż 74 proc. obywateli, a 71 proc. mówi "nie" zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn (CBOS, 2011). Polacy uciekają od płacenia składek. Jeśli się to nie zmieni, emerytury będą tak niskie, że wielu osobom nie wystarczy na życie.
Liberał może wzruszyć ramionami: ludzie nie chcą pracować? Ich sprawa.
- Trzeba raczej zapytać, czy prosta zasada: "Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz" jest sprawiedliwa. Czy tylko od nas zależy, ile pracujemy? A co z tymi, którzy dużo chorują? Z niepełnosprawnymi, którzy nie mogą pracować tyle, ile inni? Co z kobietami, które idą na urlopy wychowawcze i zwolnienia, gdy dziecko choruje albo rezygnują z pracy, by opiekować się dzieckiem niepełnosprawnym? Wszyscy oni są skazani w przyszłości na niskie emerytury. Bo uzbierają za mało składek. Trzeba większej solidarności w systemie emerytalnym. Trzeba usuwać bariery i kompensować nierówności - po to, by było równo.
Na przykład inaczej liczyć do emerytury ten czas, kiedy kobieta nie pracuje, bo opiekuje się dziećmi?
- To nie wystarczy. System emerytalny może kompensować nieobecności w pracy, np. związane z opieką. Obecnie robi to w niewielkim stopniu. Ale głównym problemem są nierówności na rynku pracy między kobietami i mężczyznami.
Opieka nad dzieckiem, starzejącymi się rodzicami czy teściami spada najczęściej na kobiety. Niedostatek usług opiekuńczych, przedszkoli, świetlic szkolnych, różnorodnych form opieki nad dziećmi i ludźmi chorymi czy starymi powoduje, że pracujące kobiety są ponad miarę obciążone.
W pracy nie są tak dyspozycyjne jak ich koledzy, nie pojadą w delegację, bo dziecko chore, nie wezmą udziału w weekendowych szkoleniach, brak im nawet czasu na piwo.
Gdy pracodawcy widzą kobietę, zwłaszcza z małym dzieckiem, zapala im się czerwona lampka: Oj, będą problemy. Dlatego kobiety gorzej zarabiają i wolniej awansują. Uzbierają mniej składek, będą miały niższe emerytury.
System musi chronić emerytów przed biedą. Dziś minimalna emerytura po 20-25 latach ubezpieczenia to 635 zł na rękę - ponad 20 proc. przeciętnej płacy, ale za lat 15, przy wzroście wynagrodzeń o 4 proc. rocznie, to będzie już tylko 13 proc. Jeśli nie zmienimy sposobu jej ustalania, to ta ochrona stanie się fikcją.
Liberał odpowiedziałby, że wyciąganie ludzi z biedy to już zadanie pomocy społecznej.
- Ja bym powiedziała, że system jest po to, by dawać bezpieczeństwo dochodów na starość. Powinien też łagodzić niezależne od ludzi różnice w ich sytuacji na rynku pracy.
Gdyby polski system emerytalny przenieść do Szwecji, z której braliśmy przykład wdrażając reformę, to różnice między emeryturami kobiet i mężczyzn byłyby znikome! Ale tam usługi opiekuńcze są powszechnie dostępne, a mężczyźni znacznie częściej zajmują się dziećmi niż u nas. Ponadto Szwedki pracują tak samo długo jak Szwedzi, do 65. roku życia. W wieku 55-64 lata w Szwecji pracuje wciąż 66,7 proc., kobiet, u nas już tylko 24,2 proc.
Polacy, a także Polki wciąż są zdania, że niższy wiek emerytalny kobiet to rekompensata za ich pracę na dwa etaty - w domu i w pracy. Ale co to za przywilej, jeśli kobiety zapłacą za niego niższą emeryturą?
Źródło: Gazeta Wyborcza