Partner akcji:

http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mam wielki apetyt na życie

Enea
2012-02-06, ostatnia aktualizacja 2012-02-06 16:44

Uwielbia wyzwania, im trudniejsza droga do celu, tym bardziej smakuje jego osiągnięcie - twierdzi Marzena Łukaszewska, przewodnicząca Zakładowej Organizacji Związkowej Poznań Międzyzakładowego Związku Zawodowego Pracowników Grupy Kapitałowej Enea.

Marzena Łukaszewska
fot. Enea
Marzena Łukaszewska
SERWISY
Lubi prowadzić samochód, wylegiwać się na plaży. Kocha rodzinę i słońce, a jej wielką pasją jest praca. Ma w sobie dodatkowy gen odpowiadający za pracę społecznikowską. Na wszystko ma czas, a przede wszystkim ma wielki apetyt na życie. Nikt nie powiedziałby, że kieruje pracą związku zawodowego liczącego prawie 1000 członków. A jednak Marzena Łukaszewska, delikatna blondynka potrafi rządzić z żelazną konsekwencją, a swoją energią przygasza nawet najmocniejszych panów.

Bycie szefową Międzyzakładowego Związku Zawodowego w tak dużej firmie jak Enea to wyzwanie...

- Niewątpliwie jest to wyzwanie. Żyjemy w ciekawych czasach, kiedy mężczyznom wydaje się, że to oni są najważniejsi i wszystko, co robią jest jedyne i słuszne. Jest to więc wyzwanie tym większe, że do tej pory szefami związków zawodowych byli mężczyźni. Obecnie, oprócz mnie, również w oddziale szczecińskim i gorzowskim, to panie szefują. Nasz poznański związek liczy prawie 1000 członków, włącznie z klubem seniora, do którego należy około stu osób. To klub, który działa bardzo prężnie. Co miesiąc na spotkaniach pojawia się około 70 osób.

Jestem osobą, której życie polega na tym, żeby szukać wyzwań, nowych celów, niekoniecznie prostych do zrealizowania i radzić sobie z tym możliwie jak najlepiej. Wymaga to ciągłej pracy nad sobą, uczenia stale czegoś nowego, przez co można dążyć do zdobycia takiego doświadczenia, które z każdym kolejnym wyzwaniem pozwoli radzić sobie jeszcze lepiej.

Często bywa tak, że ta największa siła drzemie nie w potężnych mężczyznach, tylko właśnie w drobnych, filigranowych kobietach.

- Każdy wie, że hartuje nas życie. Myślę, że im cięższe doświadczenie, tym większa odporność . Ja również tego doświadczyłam. Już mniej obawiam się trudnych sytuacji. Tak, to prawda, często to "słaba płeć" okazuje się mocniejsza. Tak jest w moim wypadku, czuję się mocniejsza , silniejsza, bardziej odporna , na to co mnie jeszcze może spotkać.

Jak to się stało, że została Pani szefową związków?

- Początki sięgają roku 1995. Wtedy zaczęłam pracować w Rejonie Dystrybucji we Wrześni. Zaproponowano mi, żebym została członkiem branżowych związków. Mam dodatkowy gen - twierdzę, że społecznicy muszą go mieć od urodzenia. To on popycha do działania. Nie mają go ci wszyscy, którzy stoją po drugiej stronie i tylko czekają na to, co przyniesie życie.

Wkrótce okazało się, że zostałam delegatem na zjazd. Na pierwszym zjeździe delegatów wybrano mnie na członka komisji rewizyjnej, a po jakimś czasie przewodniczącą tej komisji. Ktoś dostrzegł moje możliwości i wiedzę, które można wykorzystać w pracy związkowej. Okazało się, że wykształcenie administracyjno-ekonomiczne i wspomniany gen społecznika po połączeniu da się skonsumować. Wygrałam wybory, które odbyły się w listopadzie 2008 roku i od tego czasu jestem przewodniczącą Zakładowej Organizacji Związkowej w Poznaniu.

Poczuła Pani ciężar odpowiedzialności?

- Zdecydowanie. To jest odpowiedzialność za każdy dzień z życia osób, które zgłaszają się, ze swoimi sprawami. W danej chwili, dla każdego z nich, jest to najważniejszy problem. Staram się pomagać, jak tylko potrafię, wykorzystując swoją wiedzę i możliwości zawodowe. Poza tym, jest to odpowiedzialność za każde spotkanie, które często jest formą negocjacji, mediacji czy jakichkolwiek rozmów. Bo w mojej pracy najważniejszy jest człowiek, któremu mogę pomóc. To wielkie wyzwanie. Na początku była to wielka satysfakcja, olbrzymia radość. Potem przyszła myśl o odpowiedzialności. Przy wdrożeniu w obowiązki pomagali mi koledzy Marek Siebner i Janusz Śniadecki. To najbliżsi współpracownicy z Zarządu Zakładowej Organizacji Związkowej. Właśnie po Marku, który odchodził na emeryturę, przejmowałam schedę. To on był jednym z twórców związków branżowych w ENEI - dlatego zadanie nie było łatwe. Obserwując Marka i Janusza widziałam jak wiele trzeba umieć, ile trzeba wiedzieć, jak bardzo trzeba orientować się nie tylko na naszym firmowym podwórku, ale także w tym, co dzieje się w kraju w innych firmach energetycznych. Oczywiście także chodzi o to, co dzieje się w polityce, bo ona również nas nie omija. Każdy kolejny dzień pokazywał, że będzie to ogromna praca, ogromny wkład. Dla mnie to jest też kolejne fantastyczne wyzwanie, przed którym stanęłam.

Wybiera sobie Pani dosyć kręte i kamieniste dróżki.

- Tak, a będąc na nich , często trzeba szukać podparcia, czy poręczy, której można się przytrzymać. Myślę jednak, że trzeba ich szukać w nas samych, w naszej głowie, przez ciągłą naukę, samodoskonalenie. Ale równocześnie czerpać wiedzę od tych, którzy wiedzą więcej, dłużej pracują. W 2009 roku jako jedyna mieszkanka Wrześni kandydowałam do Parlamentu Europejskiego. Co prawda wybory nie zakończyły się sukcesem, ale było to dla mnie ciekawe doświadczenie. Wiem, że czasy nie są proste, ale co nas nie zabije - to nas wzmocni.

Czyli teraz potrzebna jest jeszcze większa siła, jeszcze większa porcja energii, żeby sobie w tej sytuacji poradzić?

- Oczywiście. Musimy mieć jeszcze więcej siły, żeby móc chronić pracowników. Aby to robić , trzeba mieć coraz więcej narzędzi w postaci większej ilości wiadomości i umiejętności. Ważne jest też, aby być otwartym na ludzi i jednocześnie odpornym na kłody rzucane pod nogi.

Czy w takich czasach i na takim stanowisku bycie kobietą pomaga, czy raczej przeszkadza?

- Uważam, że jest to trudniejsze. Mężczyźni z założenia są silni, wiedzą lepiej. Natomiast my musimy za każdym razem tę siłę udowadniać. Musimy się jeszcze bardziej niż kiedykolwiek przebijać ze swoją energią, wiedzą i możliwościami. To są wyzwania, dzięki którym, silne kobiety jeszcze bardziej się nakręcają.

Czy rodzina nie cierpi na tym, że tak dużo Pani pracuje?

- Jestem w tej dobrej sytuacji, że mam dwie córki: 18- i 20-letnią. Maturzystka i studentka. Są dorosłe, potrzebują mniej uwagi, ale nadal rozmowy i przytulenia. Córki zawsze były przyzwyczajone do tego, że jestem aktywną mamą, pracującą zarówno zawodowo, jak i społecznie. Starałam się zawsze robić tak, żeby rozsądnie dzielić czas między pracę i rodzinę. Myślę, że z mężem tak wychowaliśmy córki, że doskonale potrafimy się porozumieć i znaleźć czas dla siebie. Staram się mieć go jak najwięcej, ale z tym jest różnie. Dużo pracuję w nocy kiedy domownicy już śpią.

W dzień sporo czasu zajmują mi dojazdy. Wracam do domu, tam obowiązków ciąg dalszy. Tak się składa, że mąż także bardzo dużo podróżuje. Obowiązki więc w większości spadają na mnie. Późne popołudnie to czas tylko dla rodziny i zostaje noc, kiedy biorę laptopa: czytam, pracuję, piszę i wysyłam. Przez lata opracowałam sobie taki tryb pracy. I jest mi z tym dobrze.

Część życia spędza Pani w samochodzie?

- No tak. Ale znowu mam dodatkowy gen, który pewnie nie wszystkie panie posiadają - lubię jeździć autem i sprawia mi to przyjemność.

A babskie zakupy?

- Nie mam potrzeby spędzania czasu w galeriach handlowych. Najczęściej wchodzę do sklepu i od razu wiem, czego potrzebuję i czego szukam.

- Praca, praca i jeszcze jeszcze raz praca, a kiedy odpoczynek?

- Czasem wystarczy mi kilka minut drzemki i mogę wracać do pracy. Latem, to odpoczynek w moim ogrodzie na huśtawce, lub na ulubionej plaży. Od wielu lat słucham programów relaksacyjnych. To działa znakomicie. Energia powraca.

  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1