Partner akcji:

http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Uśmiech nic nie kosztuje, a o ile łatwiej się dzięki niemu żyje...

Enea
2011-12-13, ostatnia aktualizacja 2011-12-13 14:33

Umawiamy się w kawiarni pomiędzy pracą zawodową, a poszukiwaniem trąbki do stroju clowna. Marzena Nowaczyk, Samodzielny Referent ds. Pracowniczych w Departamencie Zarządzania Zasobami Ludzkimi w ENEA S.A., przychodzi punktualnie. Siadamy z filiżankami ciepłej herbaty i od razu wiem, że to kobieta, dzięki której świat robi się odrobinę cieplejszy, nawet kiedy mróz za oknem.

Marzena Nowaczyk
archiwum prywatne
Marzena Nowaczyk
Marzena Nowaczyk
archiwum prywatne
Marzena Nowaczyk
ZOBACZ TAKŻE
- Nie robię nic specjalnego, po prostu staram się pomagać - zastrzega na wstępie.

Ale już po chwili, po kolejnych dwóch trzech pytaniach, zaczyna z werwą opowiadać. Widać, że jest to jej życie, jej pasja i powołanie.

- Miałam siedem lat, kiedy zachorował na nowotwór mój brat, więc praktycznie od dziecka poznawałam tajniki pracy w Fundacji Pomocy Dzieciom z Chorobami Nowotworowymi w Poznaniu, która została założona przy Klinice Onkologii, Hematologii i Transplantologii Pediatryczne przez rodziców chorych dzieci. Najpierw to po prostu były wyjazdy z dziećmi chorymi i tymi, które już szpital opuściły na obozy, czy do sanatorium, wspólne zabawy - opowiada. - Tam wszyscy są jedną wielką rodziną. To było naturalne. Dla mnie to nie było nic niesamowitego, niezwykłego. Kiedy skończyłam 18 lat jakoś tak samo przyszło, że zostałam wolontariuszką, a potem koordynatorem wolontariatu w Fundacji.

Kiedy zaproponowano jej tę funkcję praktycznie wolontariuszy nie było. Wszystko budowała od początku.

- Tak jakoś w życiu u mnie jest, że wiele zdarza się po prostu przez przypadek - twierdzi. - Z pomocą uczelni i dzięki znajomym znalazłam osoby chętne do współpracy i powoli, powoli zaczęliśmy gromadzić chętnych ludzi. Przez te cztery lata stworzył się fajny krąg przyjaciół, którzy są nie tylko z dziećmi w szpitalu, ale także pomagają w przeróżny sposób.

Kiedy opowiada o swoim pierwszym podopiecznym słychać dumę w jej głosie. Za chwilę pani Marzena wyciąga zdjęcie Natanka.

- Dostałam telefon, że jest samotne dziecko na oddziale, które bardzo potrzebuje opieki. Okazało się, że to Natanek, który wtedy miał niewiele ponad rok. Jego mama musiała w domu opiekować się jego rodzeństwem i była w ciąży, więc nie mogła być z nim stale. Kiedy przyszłam do niego, stał w łóżeczku i kiwał się. Miał już chyba początki choroby sierocej. Spędzałam z nim każdą wolną chwilę, kiedy było lepiej, ale też kiedy wymiotował po chemii, bo czuł się gorzej. Potem także na oddziale transplantologii po przeszczepie. Odwiedzałam go także kiedy wrócił na oddział ze względu na przerzuty. Jest niesamowity. Bardzo dzielny, odważny i pogodny. Wszystkie te dzieci takie są. To nieprawda, że na tym oddziale jest strasznie. Nie jest. Jest wesoło, oni chcą walczyć o każdy dzień i w wielu przypadkach tę walkę wygrywają.

Nagle robi się smutniejsza i jakby z zastanowieniem opowiada kolejną historię: - Oczywiście są też tacy, którzy tę walkę przegrywają. Miałam koleżankę, z którą się zaprzyjaźniłam. Byłyśmy przez miesiąc w sanatorium. Kilka miesięcy po powrocie dowiedziałam się, że miała nawrót choroby i odeszła. Przeżyłam to bardzo. Co roku teraz jeździmy do niej na cmentarz do Kalisza. Pamiętamy o niej.

Pani Marzena, jak sama twierdzi ma zacięcie pedagogiczne. Kiedy wybierała kierunek studiów wahała się między sercem, czyli pedagogiką elementarną i rozsądkiem, którym było doradztwo zawodowe i personalne. W tym wypadku rozsądek zwyciężył.

- Chyba stało się to tak dlatego, że nie chciałam, żeby moja pasja, moje marzenie o zajmowaniu się dziećmi z domu dziecka, pomaganiu innym, stała się codziennością. Wolę, żeby to było dla mnie, jak odskocznia. Ale pedagogika cały czas się przydaje, nawet w mojej pracy. Zawsze chciałam pracować z ludźmi. Większość moich koleżanek marzyła o pracy w dużej korporacyjnej firmie. Ja nie byłam tego pewna, dlatego postanowiłam sprawdzić jak to jest. I znowu był to przypadek. Jedną z wykładowczyń na moim kierunku, ale nie uczyła wówczas mojej grupy, była teraz już moja koleżanka, pracująca w ENEA. Jedną z jej studentek była moja przyjaciółka, która przekazała jej moje CV. Zostałam przyjęta i tak się jakoś złożyło, że po letnich praktykach zaproponowano mi najpierw pracę na umowę zlecenie, a następnie etat.

Z zapałem opowiada o swojej pracy, o tym że nagle znalazła się w gronie niezwykle sympatycznych ludzi, którzy są otwarci, chcą pomaga i dzielą się swoją wiedzą i doświadczeniem. Wiele im zawdzięcza. Okazało się, że w ENEA też działa wolontariat.

- Nie mogłam stać z boku, kiedy inni pomagają - stwierdza. - Dowiedziałam się, że grupa wolontariuszy ENEA "Z porywu serca" organizuje zabawę dla dzieci z domu dziecka i tak jakoś się złożyło, że dałam się namówić na jego poprowadzenie. Mam strój clowna i teraz potrzebuję jeszcze do niego trąbki - śmieje się. - Muszę ją znaleźć.

Przed południem praca zawodowa, po południu (czasem do późnego wieczora) wolontariat, do tego w wolnych chwilach uwielbia gotować, chodzić do kina, spotykać się ze znajomymi, latem jeździć na spływy kajakowe, podróżować, co jest jej wielkim marzeniem. Mnóstwo zajęć, ale jakby tego było mało są jeszcze studia podyplomowe z PR-u.

- Wszystko zależy od dobrej organizacji czasu. Chociaż czasem mi go brak na czytanie, a znajomi narzekają na to, że się za mało spotykamy, ale nie wyobrażam sobie innego życia. Taką chęć pomocy ludziom, ot tak po prostu, to chyba mam po tacie. Pamiętam obrazek, kiedy jechaliśmy do rodziny na wieś i w pewnym momencie na szosę przewrócił się pijak. O mały włos tato go nie przejechał. Zatrzymał samochód, postanowił nie dzwonić na policję, tylko pozbierał go, kazał mi się przesiąść do tyłu, a jego posadził na przednim siedzeniu i... odwiózł go do domu, żeby nic mu się przypadkiem nie stało. Mam dużą rodzinę i uwielbiam z nimi spędzać czas. Bardzo dużo mi dało takie wychowanie w miłości i poszanowaniu, gdzie bardziej liczy się w życiu, żeby być niż żeby mieć i żeby dawać niż brać.

Pani Marzena to jedna z tych osób, która zaraża swoim optymizmem, energią, pozytywnym myśleniem. - Moją maksymą życiową jest to, że dobro wraca do człowieka, tak jak zło, więc po co się narażać. A uśmiech nic nie kosztuje, a o ile łatwiej się dzięki niemu żyje...

  • 7 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

We wtorek z ''Gazetą'':

  • Palce Lizać
  • Grube dzieci. Tabela
  • Ubezwłasnowolnienie. Poradnik, cz. 1