To, co dla zwykłego konsumenta jest śmieciem, inni wysoko sobie cenią. Złomu pożądają huty, bo oznacza dla nich czysty zysk - jego przetopienie jest dużo prostsze i tańsze niż obróbka świeżo wydobytej rudy. Nie dość, że oszczędza się na energii elektrycznej, to przy okazji chroni zasoby naturalne ziemi i klimat (bo mniejsze zużycie prądu w hutach oznacza, że elektrownie mniej kopcą i do atmosfery leci mniej cieplarnianego dwutlenku węgla).
Hutnicy są w stanie skonsumować każdą ilość złomu i płacą za niego żywą gotówką. Kilogram prętów stalowych kosztuje ok. pół złotego, a skrawków miedzianych - nawet aż 20 zł. W skali całego kraju handel złomem przynosi miliardy złotych. W skali świata - dziesiątki miliardów dolarów.
Polskie huty żalą się, że o złom coraz trudniej odkąd rozebrano już większość PRL-owskich hal i fabryk. A na świecie trwa ostra rywalizacja i podbijanie cen. Chińczycy, którzy się uprzemysławiają na potęgę, są w stanie pochłonąć każdą ilość złomu. Do Chin powędrowały np. stalowe szczątki zbrojeń dwóch bliźniaczych drapaczy chmur WTC, które runęły po ataku terrorystycznym w Nowym Jorku 11 września 2001 r. (Amerykanie pozostawili sobie na pamiątkę tylko kilka kawałków - użyli ich m.in. przy konstrukcji marsjańskich łazików Spirit i Opportunity i tej stali już raczej szybko nie odzyskają).
Ocena:
18 głosów

Skaczemy bliżej. Biegamy wolniej. A w zwisie jesteśmy dwa razy gorsi niż w PRL-u
