Przed szczytem klimatycznym w Kopenhadze
Przez 10 tys. lat na Ziemi panował wyjątkowo stabilny klimat. Od ostatniej epoki lodowcowej 400 pokoleń ludzi korzystało z tej stabilizacji, budując cywilizację.
Zdarzały się okresy cieplejsze i małe zlodowacenia, ale były to drobne wahnięcia temperatur. Zawsze w miarę dokładnie wiedzieliśmy, kiedy przyjdą deszcze, jaka będzie temperatura latem i zimą, jaki będzie poziom rzek.
Łagodny klimat był najpewniej główną przesłanką postępu. Dzięki niemu w ciągu 400 pokoleń rozproszone plemiona wypalających puszczę myśliwych z oszczepami przekształciły się w rolników, metalurgów, mieszkańców miast, przemysłowców - dziś siedem miliardów obywateli cyfrowego, zglobalizowanego świata.
Nasze złożone społeczeństwa opierają się na wiedzy, że zasiewy wzrosną, a pobudowanych miast i infrastruktury nie zmyją fale przypływu ani obfite deszcze.
Bez tej pewności homo sapiens żyłby nadal w jaskiniach. Znamy skutki choćby huraganu "Katrina" w Nowym Orleanie czy w zeszłym miesiącu w hrabstwie Kumbria. A co, jeśli przewidywania zawiodą częściej, a nawet w większości przypadków? Niech pomyślą o tej niepewności światowi przywódcy zbierający się w Kopenhadze, by zastanowić się, co robić ze zmianą klimatu. Prawda jest bowiem taka, że dobre czasy minęły, a my wypuszczamy do atmosfery zatrzymujące ciepło gazy. Dobiega kresu era klimatycznej stabilizacji.
Przed 17 laty na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro politycy podpisali konwencję klimatyczną ONZ, obiecując zapobiec "niebezpiecznym zmianom klimatu". Pierwszym skromnym krokiem do spełnienia tej obietnicy był protokół z Kioto z 1997 r. Wielu ludzi zaczyna rozumieć, że w najbliższym półwieczu będziemy musieli rezygnować stopniowo z paliw kopalnych, które napędzały nasz świat przez dwa wieki bezprecedensowego wzrostu populacji i bogactwa.
17 lat po szczycie w Rio naukowcy lepiej rozumieją możliwe skutki zmian klimatu. Ich doniesienia są coraz bardziej alarmujące - destabilizacja globalnego klimatu może okazać się nie stopniowa, tylko nagła i gwałtowna.
Uciekające ocieplenie Według sceptyków rzeczywistość może odbiegać od uspokajająco łagodnych modelowych wykresów. Problem w tym, że może się ona okazać nie mniej dramatyczna od przewidywań modeli klimatycznych, ale o wiele gorsza.
W laboratoriach klimatologów, w uniwersyteckich bufetach i - owszem - w prywatnych e-mailach mówi się teraz o zmianach nieodwracalnych i uciekającym ociepleniu. Istnieje obawa, że przy wzroście powyżej 2 st. C nie da się powstrzymać ocieplenia i wzrostu poziomu mórz, nawet gdybyśmy ograniczyli emisję do zera.
Jest wiele powodów do obaw. Z niektórych badań wynika, że szybkie topnienie lodów Grenlandii i Antarktydy wkrótce zdestabilizuje ich pokrywę lodową, powodując w ciągu kilku dekad wzrost poziomu morza o wiele metrów.
Inne badania dowodzą, że topniejąca syberyjska wieczna zmarzlina może uwalniać zamrożony metan (najefektywniejszy gaz cieplarniany) w ilościach, które podniosą globalną temperaturę o kilka stopni. Topniejący lód może też wstrzymać cyrkulację prądów oceanicznych na północnym Atlantyku, co zmieni globalny schemat pogodowy i doprowadzi do zaniku monsunów w Azji.
Histeria? No cóż, nie są to jeszcze stuprocentowe prognozy - raczej obawy. Hazardziści wśród uczonych gotowi są przyjmować zakłady pięć, a nawet dziesięć do jednego przeciw tym zagrożeniom. Pada więc często pytanie: czy wsiedlibyście do samolotu, wiedząc, że szansa na katastrofę jest jeden do dziesięciu? Oczywiście nie. Więc po co ryzykować całą planetę?
A oto najbardziej chyba przekonujący argument pesymistów: raz już tak było,
przyroda odnotowała momenty, od których nie było odwrotu.
Łagodny klimat, jakim cieszymy się od 10 tys. lat, poprzedzały epoki bardziej burzliwe. Wskutek owych nieodwracalnych zmian klimat nie zmieniał się zwykle stopniowo - raczej gwałtownymi skokami.
Co, przykładowo, stało się w końcowych wiekach ostatniego zlodowacenia? Wiemy już, że kiedy rozpadła się pokrywa lodowa, poziom mórz wzrósł w ciągu niecałych 400 lat o 20 metrów - dość, by zatopić większość wschodniej Anglii. To przeciętnie 20 razy szybciej niż teraz.
Pokrywy lodowe stopiły się wskutek szybkiego ocieplenia klimatu. Wtedy średnia temperatura większości półkuli północnej rosła o mniej więcej 10 st. C na dekadę. Można to zmierzyć, badając bąbelki w grenlandzkich rdzeniach lodowych.
Przedtem temperatura wahnęła się w przeciwną stronę. Opublikowane w zeszłym miesiącu badania dowodzą, że ok. 12,8 tys. lat temu w ciągu jednego roku średnia temperatura spadła o 16 st. C, zamrażając świat na tysiąc lat. Tamte burzliwe czasy mogą powrócić.