"Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom" - powiedział Hamlet w sztuce Szekspira. I rzeczywiście, w zeszłym roku byliśmy świadkami przerażających fenomenów natury. Ziemię nawiedziła seria zjawisk na niespotykaną dotąd skalę, siejąc spustoszenie na ogromnych połaciach terenu.
Ubiegły rok można uznać za niezwykły również ze względu na towarzyszące mu rzadkie zjawisko La Nina (z hiszp. dziewczynka). Jest to anomalia pogodowa występująca raz na kilka lat w równikowej części Pacyfiku. Kiedy się pojawia, wprowadza chaos w układzie prądów oceanicznych na całym świecie, wywołując niecodzienne zjawiska w różnych zakątkach Ziemi. Niektórzy naukowcy uważają, że to właśnie La Nina odpowiada za wiele pojawiających się w roku ubiegłym ekstremów pogodowych.
Woda - kapryśny żywioł Raz było jej zbyt dużo, a raz zbyt mało. Australię na przełomie 2010 i 2011 roku nawiedziła seria powodzi, głównie w stanie Queensland, pokrywając obszar o wielkości Francji i Niemiec razem wziętych. Na 3 powierzchni zalanego terenu ogłoszono stan klęski żywiołowej, tysiące ludzi ewakuowano. Eksperci mówią, że to La Nina sprowadziła nad kontynent ogromne ilości opadów.
Najgorsza wielka woda wtargnęła do Tajlandii, największa w tym kraju od 50 lat - dotknęła prawie 13 mln ludzi i zabrała 790 istnień. Woda wdarła się w lipcu i wzmacniana serią deszczy monsunowych oraz burz tropikalnych trwała do grudnia.
Inne państwa z kolei boleśnie doświadczyły braku wody. Rekordowa była susza we wschodniej Afryce w tzw. Rogu Afryki, przez którą ucierpiało 10 mln osób. Spowodowała poważny kryzys żywnościowy w Somalii, Etiopii i Kenii. Zmarły tysiące ludzi i miliony zwierząt. Do tak dramatycznej sytuacji również przyczynił się efekt La Nina, który przerywał sezonowe opady przez dwa następujące po sobie lata.
Feralny rok dla Ameryki Północnej Na południu kraju (m.in. w Teksasie, Arizonie, Nowym Meksyku) zapanowały wielkoobszarowe pożary i susze. W Teksasie susza zniszczyła od 100 do 500 mln drzew. Być może jeszcze więcej strawił ogień. Z kolei w ciągu kilku dni, na przełomie stycznia i lutego, masywna burza śnieżna uderzyła w wiele centralnych wschodnich i północno-wschodnich stanów
USA.
Chicago zostało praktycznie odcięte od świata.
Rok 2011 był trzecim co do wielkości sezonem huraganów w historii Stanów i drugim pod względem częstotliwości występowania tornad. Ochrzczono go wymowną nazwą "roku tornad" - od stycznia do czerwca w centralnej południowej i wschodniej części USA przyszło na świat niemal 1600 trąb powietrznych. Prawie połowa z nich miała miejsce w kwietniu.
Według Natural Resources Defense Council (NRDC) w USA we wszystkich 50 stanach mogły zostać pobite dotychczasowe rekordy ekstremalnego ciepła i zimna. Straty finansowe oszacowano w sumie na 50 mld dolarów.
Zdania co do przyczyn tych ekstremalnych zdarzeń są podzielone. Niektórzy uważają, że to skutki ocieplającego się klimatu, inni że to naturalna zmienność cykli pogodowych, do których przyczynia się wiele czynników, m.in. zjawisko La Nina. Jedno nie ulega wątpliwości - rok 2011 zostanie zapamiętany jako rok
rekordów. Czy tak wiele skrajności w tak krótkim czasie może być tylko kwestią przypadku i naturalnych mechanizmów? Czy też są one początkiem nowego, niebezpiecznego trendu dla naszej planety? Na te pytania musimy sobie odpowiedzieć w najbliższej przyszłości.