dr hab. Jolanta Kurkiewicz, prof. UEK, kierownik Zakładu Demografii, Katedra Statystyki,
Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie
Piotr Siergiej: Według ONZ 31 października urodził się siedmiomiliardowy obywatel Ziemi, natomiast według amerykańskiego Census Bureau nastąpi to dopiero gdzieś w marcu 2012 roku. Te dwie rachuby różnią się o trzy miesiące i 30 mln ludzi. Jak bardzo możemy być pewni co do ilości ludzi na Ziemi? dr Jolanta Kurkiewicz: Komentatorzy amerykańscy skojarzyli przewidywania ekspertów ONZ dotyczące daty przyjścia na świat siedmiomiliardowego mieszkańca Ziemi ze świętem Halloween. Być może miało to trochę zelektryzować opinię publiczną. Siedem miliardów w październiku 2011 to tylko przybliżone szacunki. Co 2 lata ONZ opracowuje prognozę liczby ludności dla krajów i regionów świata. Najbardziej prawdopodobny wariant tej prognozy mówi o osiągnięciu liczby 7 mld w 2011 roku, ponad 9 mld za 40 lat i 10 mld na koniec tego wieku. Inny, zakładający wyższą płodność, wariant mówi o 8 mld za 40 lat i prawie 16 mld w roku 2100. Mimo, że należy te liczby traktować szacunkowo, to znajdują one oparcie w rzeczywistości.
16 miliardów - może nie będzie aż tak źle? W skali świata zmierzamy w stronę rosnącej populacji. Liczba ludności na świecie jest wypadkową bardzo zróżnicowanej dynamiki demograficznej. Zmienia się ona zależnie od regionu. Bardzo wysokie tempo wzrostu ludności występuje w krajach słabo rozwiniętych. W 1950 stanowiły one 68% ludności świata, obecnie już 82%. Aż 97% przyrostu populacji odbywa się w krajach rozwijających się, które są do tego słabo przygotowane ze względu na warunki ekonomiczne i społeczne - to miejsca gdzie możemy spodziewać się problemów.
Ma Pani na myśli głównie kontynent afrykański? Afryka miała najwyższe tempo wzrostu w drugim półwieczu XX. Podobnie będzie w latach 2000-2050. Trzeba jednak zauważyć, że w skali świata dynamika wzrostu ludności trochę wyhamowuje. Jest ona obecnie niższa niż w latach 1950-2000. Mimo tego ludzi wciąż przybywa. Jedynym kontynentem, na którym liczba ludności obniża się jest Europa.
Jeżeli spojrzymy na dynamikę liczby ludności i jej przyrostu musimy zastanowić się jakie niesie to skutki społeczne i ekologiczne. Czy silny wzrost demograficzny może prowadzić do głodu i ubóstwa? Pytanie to zadawał już w XVIII wieku Thomas Malthus, który sformułował prawo, w którym mówił, że przyrost liczby ludności musi prowadzić do nędzy, ponieważ ludność przyrasta dużo szybciej niż możliwości produkcji żywności. Do poglądu Malthusa nawiązał w latach 60-tych XX w. Paul Ehrlich w swojej słynnej publikacji zatytułowanej Population Bomb.
W ostatnio udzielonym wywiadzie dla Guardiana Paul Ehrlich twierdzi że mamy tylko 10% szansy na uniknięcie globalnej katastrofy wywołanej rosnącą populacją. Książka Ehrlicha z 1968 roku zaczynała się od stwierdzenia, że przegraliśmy bitwę o wyżywienie ludzkości i przewiduje klęskę głodu na lata 70-te. Jak wiemy, jego przepowiednie nie sprawdziły się. Do dziś jednak Paul Ehlrich nie wycofał się z głównego przesłania swej książki - postulatu zrównoważonego przyrostu populacji.
Co oznacza zrównoważony przyrost ludności? Istotne jest zrównoważenie liczby ludzi w stosunku do pojemności środowiska czy możliwości wyżywienia. Okazuje się jednak, że w skali świata żywności nie brakuje. Problemem jest natomiast jej właściwa dystrybucja. Żywność produkowana jest nie tam, gdzie rodzi się najwięcej ludzi. Państwa najuboższe znajdują się w rejonach o trudnych warunkach klimatycznych i środowiskowych. To często kraje pustynne, albo doświadczane częstymi powodziami. Problem wyżywienia świata nie jest więc związany z demografią, tylko z ekonomią.
Czy przyczyną problemów nie jest jednak fakt, że w niektórych miejscach ludzi jest po prostu zbyt wielu, jak na możliwości produkcyjne tych regionów? To pytanie w jakim związku pozostaje
wzrost gospodarczy do wzrostu demograficznego. Nie ma na nie jasnej odpowiedzi. Poglądy demografów na ten problem porównać można do powiedzenia trenera Górskiego, że mecz można wygrać, przegrać albo zremisować. Dzielą się więc na optymistyczne, pesymistyczne i neutralne. Każda z tych opcji ma swoich zwolenników. Co do jednego przedstawiciele tych trzech nurtów są jednak zgodni: wolniejszy wzrost demograficzny w krajach rozwijających się pomógłby w poprawie ich sytuacji ekonomicznej.
Problemy Afryki są problemami które trudno nam sobie wyobrazić. Połowa Nigeryjczyków ma poniżej 14 lat. To jest kraj dzieci, z których spora część prawdopodobnie umrze na skutek chorób czy głodu. Mimo to dzietność w Nigerii znacząco nie spada . Jakie Pani widzi wyjście z tej sytuacji? Według ONZ Nigeria dołączy do państw o największym zaludnieniu na świecie. Po Indiach i Chinach będzie to trzeci co do ludności kraj na świecie. Przewidywania mówią więc o wciąż wysokim tempie przyrostu ludności w Nigerii. Tam sytuacja rzeczywiście jest trudna, przy czym nie jest ona bez wyjścia. Najważniejszym wydaje mi się podnoszenie poziomu edukacji. Należałoby więc pomagać poprzez dawanie tym ludziom przysłowiowej wędki, a nie ryby.
Czyli skłaniałaby się Pani nie do tego by wysyłać do Afryki worki z ryżem, a raczej agronomów doradzających jak uprawiać pola? Oczywiście, dobrym przykładem jest tu działalność pani Ochojskiej budującej w Afryce studnie. Jeśli spojrzymy na Nigerię, o tak dużym udziale dzieci w społeczeństwie, warto spojrzeć na tę sytuację długookresowo. W tej chwili ponad połowa ludności to mali konsumenci, których trzeba wyżywić. Jeśli jednak pozwolimy im dorosnąć i damy wykształcenie - wejdą oni w okres zdolności produkcyjnej, stając się konsumentami i producentami. Ten wyż demograficzny może stać się dla Nigerii taką samą szansą, jaką stał się dla gospodarek państw nazwanych tygrysami Azji wschodniej. Zbudowały one swoją potęgę na odpowiednim wykorzystaniu dobrej struktury demograficznej. Potrafili dobrze wykorzystać okres, w którym wyż demograficzny wszedł u nich w wiek produkcyjny.
Czy można więc powiedzieć, że Nigeria znajduje się dziś na etapie, na który znajdowały się Chiny 20 lat temu? Czy istnieje możliwość, że Afryka stanie się tym kontynentem, który zacznie produkować dla świata, tak jak Azja dzisiaj? Nie tylko same zasoby ludzkie są ważne. W momencie, w którym dojdą one do wieku produkcyjnego muszą być wyposażone w kapitał, narzędzia, surowce i wszystko co jest do produkcji niezbędne. Kraje afrykańskie mają zasoby ludzkie, ale aby zaczęły one z nich korzystać i produkować, trzeba stworzyć im odpowiednie warunki. To jest zasadnicza różnica pomiędzy krajami Azji płd.-wsch. a Afryką. W Azji dzięki działaniom rządów i pomocy zewnętrznej zasoby przerodziły się w kapitał ludzki. Wykorzystanie dobrej struktury populacji wymaga decyzji w sferze nie tylko ekonomii, ale i społecznej - szczególnie wykształcenia.