Maya Benton była zdumiona. Na nigdy niepublikowanych zdjęciach Romana Vishniaca zobaczyła zupełnie innych Żydów od tych, których pamiętała z jego przejmującego albumu fotograficznego "Zaginiony świat". Byli tam ludzie religijni i świeccy, bogaci i biedni, radośni i smutni.
Na pozór nic dziwnego - w końcu w każdej ludzkiej społeczności należy się spodziewać takiej właśnie różnorodności. Ale w "Zaginionym świecie", opublikowanym po raz pierwszy tuż po II wojnie światowej, wielki fotoreporter Vishniac utrwalił zupełnie inny obraz przedwojennego życia środkowoeuropejskich, głównie polskich, Żydów.
Oto przerażony mężczyzna patrzy na metalową furtkę, a w sąsiednim kadrze mały chłopiec wskazuje na coś palcem. W podpisie czytamy: "Ojciec ukrywa się przed endekami. Jego syn pokazuje mu, że nadchodzą".
Na innym zdjęciu śliczna dziewczynka leży w barłogu w suterenie. Z podpisu wynika, że spędzi tak całą zimę, bo rodziców nie stać na buty dla niej. Album Vishniaca, wielokrotnie wznawiany, ukształtował w USA obraz przedwojennego środkowoeuropejskiego żydostwa - Żydzi żyli w biedzie i lęku, a jedynym wytchnieniem była wiara. Zagłada zaś sprawiła, że obraz ten stał się obrazem ostatecznym.
Amerykańska badaczka Maya Benton postanowiła napisać biografię zmarłego 20 lat temu wielkiego fotografa. Dotarła do jego córki, właścicielki gigantycznego archiwum niepublikowanych dotąd zdjęć. I przeżyła szok. Na innej fotografii dziewczyna z barłogu ma na nogach buty. Mężczyzna przy furtce i wskazujący palcem chłopiec to kadry z dwóch różnych rolek filmu i wątpliwe, by mieli ze sobą coś wspólnego. Zresztą zdjęcie przy furtce wykadrowano: w oryginalnym ujęciu mężczyzna - według Benton, która opisała swe odkrycie w niedzielnym "The New York Times" - wygląda raczej na zaciekawionego niż przerażonego.
Wreszcie wyszło na jaw, że Vishniac - wbrew temu, co twierdził - nie był po prostu natchnionym fotoreporterem. Do Europy Środkowej wysłała go pod koniec lat 30. amerykańska organizacja humanitarna Joint, by zrobił reportaż o biednych i pobożnych Żydach, który można by wykorzystać w zbieraniu datków. Słowem, fałszywe były (przynajmniej niektóre) podpisy i sam dobór zdjęć, a co za tym idzie - obraz środkowoeuropejskiego żydostwa, jaki utrwalił w głowach Amerykanów. Benton uważa, że to tak, jakby zdjęcia nowojorskich bezdomnych miały pokazywać, czym jest Nowy Jork.
Ale Nowy Jork można odwiedzić, a przedwojennego świata środkowoeuropejskich Żydów już nie. Wina Vishniaca polega na tym, że - choć było też i tak, jak pokazuje jego album - to on chciał przekonać, że było tylko tak. Pars pro toto bywa całym kłamstwem. Vishniac nie był pierwszym, jedynym ani ostatnim reporterem, który zapomniał o tej maksymie albo świadomie ją zignorował (znakomita dziennikarka Anka Husarska na wieść o odkryciu Benton wykrzyknęła: „Vishniac non-fiction!”).
Każdy reportaż jest z konieczności wybiórczy i jest obowiązkiem autora przypomnieć o tym czytelnikowi. Gdy w 2002 r. pojechałem do jerozolimskiego przedmieścia Gilo, by zobaczyć skutki palestyńskiego ostrzału moździerzowego, okazało się, że pociski padały niemal wyłącznie na domy przy jednej ulicy - haAnafa - a dla pozostałych mieszkańców dzielnicy większym problemem było to, że nie można się doczekać hydraulika. Ale międzynarodowe (choć nie izraelskie) dzienniki telewizyjne informowały wręcz o ostrzale Jerozolimy i filmowe relacje zdawały się to potwierdzać. Gdy na miejscu okazało się, że chodzi o jedną ulicę, łatwo byłoby całą sprawę zbagatelizować - lecz zagrożenie i strach nie przestawały być realne przez to, że ktoś je wyolbrzymił. Podobnie jest w przypadku zdjęć Vishniaca. Ale zarazem nie przestaje być realne uprawnione oburzenie tych, których Vishniac czy inni dziennikarze swą wybiórczością wprowadzili w błąd.
Źródło: Gazeta Wyborcza