Dominik Uhlig: Dziewczyna przez sześć lat była wykorzystywana przez ojca. Jak to możliwe, że nikt nic nie widział? Jolanta Zmarzlik: Ktoś, kto nie znał dobrze tej dziewczyny, mógł nie dostrzec zmian, jakie zachodzą w nastolatce. Młodzi ludzie w tym wieku często się zmieniają - zamykają się w sobie, buntują, wpadają w depresję, są aroganccy. To może być związane z trudnym wiekiem, w jakim się znajdują, ale może też być sygnałem, że w ich życiu dzieje się coś niedobrego.
Łatwiej rozpoznać, że coś się dzieje, u mniejszych dzieci. Jeśli nie są wesołe, nie chcą się bawić, widać, że coś jest nie tak. Niepokoić może np. sytuacja, gdy układ nastolatki z ojcem staje się ważniejszy niż układ ojca z matką. Oni decydują o wszystkim, a mama zostaje sprowadzona do roli pomocy domowej.
Osoby, które stykają się z dziećmi, powinny być uczulone na zmiany w ich zachowaniu. A kiedy widzą, że coś się dzieje, powinny postarać się dowiedzieć, jaki jest tego powód.
Jak było w tym przypadku? - Mamy niewiele informacji. Ale już teraz pojawia się kilka charakterystycznych cech wskazujących na kazirodcze wykorzystywanie dziecka: częsta zmiana miejsca zamieszkania, oddalenie od dalszej rodziny.
Podejrzenia mogło budzić to, że ojciec jest obecny przy porodzie, że to on chodzi z dziewczynką do lekarza ginekologa. To rzadkość w naszym społeczeństwie.
Trzecia wątpliwość - czemu dziewczyna nie uczyła się po
gimnazjum, skoro obowiązek nauki w Polsce jest do 18. roku życia?
Sąsiedzi się zmieniali, nie znali tej rodziny, mogli nic nie zauważyć. Lekarze też jakoś nie zobaczyli. Ale co z mamą, która była z nią na co dzień? - Możemy się tylko domyślać. Ale typowym zachowaniem matki w rodzinie kazirodczej jest wyłączenie się. Matka nie chce wiedzieć, że coś się dzieje jej dziecku, być może się boi, bo sama jest ofiarą przemocy. Czasem nawet sama przekonuje dziecko, że nie powinno nic mówić: bo nie będziemy mieli gdzie mieszkać, bo się nie utrzymamy.
Ale w końcu poszła z córką na policję. - Zawsze jest jakiś powód złamania zmowy milczenia. Ale nie wiemy, jaki był w tym wypadku.
Kim jest sprawca takich przestępstw? - To nie zapijaczony typ, budzący strach swoim wyglądem. Takie rzeczy dzieją się nierzadko w domach, które uchodzą za porządne. Nieważne, czy sprawca ukończył trzy klasy, czy ma trzy fakultety, zawsze ma ponadprzeciętną umiejętność wywierania wpływu na innych. Potrafi wmówić dziecku, że tak musi być, że cokolwiek ono zrobi, nic się nie zmieni albo będzie jeszcze gorzej, że rozbije ono rodzinę. Mówi, że wszędzie je znajdzie, szczególnie młodszemu dziecku łatwiej wmówić, że trafi do domu dziecka.
Ofiara takiego człowieka nic nie mówi, bo sama siebie obwinia za wszystko, co się dzieje. Jest w szczególnie trudnej sytuacji, kiedy nie ma wsparcia nawet ze strony matki. Bo kto ma jej pomóc, skoro najbliższa osoba tego nie robi?
Kogo mogłaby prosić o pomoc? - Trzeba pamiętać, że ojciec w takiej rodzinie może pozornie robić dobre wrażenie. I może przekonać innych, że to tylko dziecięcy wymysł albo zemsta nastolatki. Nie wystarczy więc powiedzieć tylko jednej osobie. Najlepiej skontaktować się z ludźmi, którzy zajmują się przemocą domową - z ośrodków pomocy społecznej czy centrów pomocy rodzinie.
Ważne, by osoby, do których ofiara przyjdzie po pomoc, nie obiecywały, że po cichu załatwią sprawę, bo tak się nie da. To żaden wstyd prosić o pomoc w takiej sprawie i żaden wstyd pomagać.
Na ile na nieujawnianie takich przestępstw działa stereotyp "nie mówi nikomu, co się dzieje w domu"? - Niestety, jest wciąż żywy w wielu domach. Nawet w mediach, gdy pojawia się informacja o domowej przemocy, często zaraz obok pojawia się przekaz, że wszystkie problemy należy rozwiązać w rodzinie. Ale czasem po prostu się nie da. * Jolanta Zmarzlik, fundacja Dzieci Niczyje, pedagog pracujący z ofiarami przemocy domowej