Są tacy, którzy w powyborczym wywiadzie Jarosława Kaczyńskiego dla "Rzeczpospolitej" widzą koniec przemiany, która miała go zaprowadzić do Pałacu Prezydenckiego.
"Nie będę - obiecał prezes PiS w tym wywiadzie - współpracował z nikim, kto był nie w porządku wobec mojego brata i innych ofiar smoleńskiej katastrofy". Współpracy nie będzie, "bo zachowania wobec nich były haniebne. Absolutnie wykluczam mój udział we współpracy do czasu daleko posuniętej ekspiacji z ich strony" - powiedział Kaczyński, mając na myśli ekspiację PO.
W przekonaniu, że PiS to dobry stary PiS, utwierdzić może lektura wczorajszego wywiadu Kaczyńskiego dla "Gazety Polskiej". Wspomina w nim swoją reakcję na wiadomość o katastrofie przekazaną przez Radosława Sikorskiego, któremu powiedział: "To wynik waszej zbrodniczej polityki - nie kupiliście nowych samolotów". I dalej tłumaczy, dlaczego nie przyjął kondolencji od Putina: "Dla mnie rola premiera Tuska i premiera Putina była w tym wypadku niejasna".
Czyżby wielki zwrot? Łatwo przecież wskazać tezy prezesa sprzed wyborów, które na pierwszy rzut oka kłócą się z tym, co powiedział "Rz" i "Gazecie Polskiej".
10 czerwca w Siedlcach mówił: "To miasto, gdzie nie ma polsko-polskiej wojny. Tu rządzi koalicja PiS-PO i tu w tym roku jest więcej pieniędzy na inwestycje, niż w 2006 r. było w całym budżecie. Czyli można. Można, jeśli nie ma wojen, tylko współpraca" - zachwalał Kaczyński.
Rzecznik PiS Adam Bielan pytany o współpracę z PO odpowiadał: "Mamy rozmawiać o współpracy z trzema pozostałymi partiami. Wiadomo, że największą partią jest PO".
Kaczyński w kampanii przyjął zaproszenie od Bronisława Komorowskiego do Rady Bezpieczeństwa Narodowego - w imię współpracy oczywiście.
13 maja w pierwszym wywiadzie po katastrofie (dla internautów z Salonu 24) mówił: "Jest szansa dla kraju, by z odruchu jedności, który powstał po 10 kwietnia, wyniknęło coś, co zmieni jakość życia publicznego. Będzie więcej współpracy". W tymże wywiadzie co chwila padały słowa: "kompromis", "porozumienie", "współpraca z rządem". Za to nic, ani słóweczka, o "ekspiacji".
Dziś na pierwszej linii są politycy, którzy w kampanii byli schowani. W całej okazałości mamy więc Zbigniewa Ziobrę czy Mariusza Błaszczaka, który ma zostać szefem klubu. Antoni Macierewicz wszystkie swoje talenty śledcze chce wykorzystać w sprawie smoleńskiej, a Joachim Brudziński ogłosił, że dla Tuska nie ma miejsca w życiu publicznym.
Joanna Kluzik-Rostkowska, symbol łagodnego PiS, która miała zostać wicemarszałkiem Sejmu, pewnie nim nie zostanie, bo, jak słychać, ten fotel przypadnie politykowi z zakonu PC, ideowej kopii prezesa - Markowi Kuchcińskiemu.
Można te wszystkie dowody na powrót PiS do PiS mnożyć, ale po co? Wierzył ktoś w przemianę Kaczyńskiego?
Sam Kaczyński nie wierzył. Zakneblowany przez dbających o wizerunek spin doktorów, unikający krytycznych mediów, musiał się w tej kampanii strasznie męczyć. Teraz wreszcie może być sobą. Ale już miesiąc temu w Siedlcach powiedział jasno: "Apeluję i będę apelował o tę współpracę w trakcie całej kampanii". A kampania już się skończyła. Prezes zawsze dotrzymuje słowa.
Źródło: Gazeta Wyborcza