Paweł Piskorski to prawdziwy człowiek renesansu. Ma niezwykłe szczęście i talent do robienia pieniędzy - wielokrotnie rozbił bank w kasynie, znalazł na targowisku cenne manuskrypty, odniósł sukces na giełdzie i w handlu angielskimi laskami - komentuje Seweryn Blumsztajn
>
Przed wczorajszym kongresem opanowany przez piskorczyków zarząd SD "za działalność na szkodę partii" zawiesił ok. 70 ze 106 delegatów. W ten sposób weteran partyjnych bojów w UW i PO, dziś szef SD Paweł Piskorski sprawił, że jego 20 zwolenników zdobyło przewagę na kongresie. Przeciwnicy Piskorskiego, wiedząc, że są w mniejszości, imprezę zbojkotowali.
- Nie akceptuję ludzi, którzy chcieli wrócić do formuły sprzed mojego zaangażowania w SD, do spokojnego życia z wynajmu
nieruchomości, z dala od polityki - mówi "Gazecie" Piskorski.
"Gazeta": - Można odnieść wrażenie, że chytrze eliminuje pan głównie tych, którzy pana nie lubią.
Piskorski: - Mam nadzieję, że takie wrażenie nie powstanie. Nikogo z partii nie wyrzuciłem, wszystkimi zawieszonymi zajmie się sąd partyjny.
Piskorskiemu się spieszyło, bo dziś miał się w jego sprawie zebrać sąd partyjny w starym jeszcze, nieprzychylnym mu składzie. "Stare" SD chciało się pozbyć szefa partii, zarzucając mu brak postępów w zdobywaniu wyborców (śladowe poparcie w sondażach) i metody wodzowskie.
Piskorski wbrew części działaczy chciał szybko sprzedać należące do partii nieruchomości i za te pieniądze wejść w politykę, w tym wspierać Andrzeja Olechowskiego w walce o prezydenturę.
Wczorajszy kongres wybrał na szefa rady naczelnej Waldemara Prusaka. Piskorski zapowiada, że na początku przyszłego roku odbędzie się nowy kongres - ponoć już kilkusetosobowy - który wybierze nowe władze w partii.
Przeciwnicy Piskorskiego nie składają broni. - Konsultujemy się z prawnikami. Uważamy, że sąd rejestrowy nie uzna zmian wprowadzonych przez kongres, bo naszym zdaniem nie było kworum - mówi "Gazecie" Michał Marczak, jeden z zawieszonych delegatów.